Chora redukcja tkanki tłuszczowej u zdrowych dziewczyn

beach body

Czyli o tym, co nas kręci i co nas podnieca

Pomyślałam, że temat redukcji tkanki tłuszczowej w okresie wakacyjnym to coś, co warto poruszyć, ponieważ dziwnym trafem ten wątek ciągle wraca jak bumerang i nigdy się nie starzeje.

Nie mówię tu o sytuacji gdzie, dana osoba posiada nadwagę albo cierpi na otyłość. Tu faktycznie zrzucanie jest wskazane, ponieważ ciało nosi na co dzień zbędny ciężar, który tylko obciąża nasze stawy, serce i inne narządy wewnętrzne. To jest niebezpieczne i zgadzam się, nie wolno tego tematu bagatelizować.

Ale nie o tym chcę tu pisać…

Bardzo mnie ostatnio rażą komentarze dziewczyn, filmy blogerek i hasła ‚specjalistek’ o tym ile jeszcze im zostało do zredukowania. Dziewczyna jest chuda jak patyk, prawie nie ma mięśni, tłuszczu tyle, co w piersi z kurczaka, ale ona się będzie redukować… Bo przecież trzeba, miesiąc do urlopu, trzeba jakoś wyglądać na tych zdjęciach, które się będzie wrzucało na Instagrama …

Szczerze mdli mnie jak widzę to wszystko…

Dlaczego? Bo z punktu widzenia trenera, to jest dopiero niezdrowe! Taka zabawa w boga na własną rękę. Kobieta w momencie, kiedy schodzi poniżej swojej minimalnej tkanki tłuszczowej, zatrzymuje się jej okres, rozwala to jej system hormonalny, często nie do pozbierania przez wiele miesięcy albo i lat! Widzę na tablicach inspiracji dziewczyn z Instagrama i YouTube’a znane pro zawodniczki bikini, jako wyznacznik idealnego ciała, oraz sylwetki, do której będą dążyć w ramach ‚akcji beach body’. Często te działania są okupione rozwiązaniami, które mają zadziałać ekspresowo jak np. super mocny spalacz tkanki tłuszczowej, najlepiej termogenik do kwadratu, 2 godziny kardio dziennie, niejedzenie kolacji i jakaś symboliczna ilość węglowodanów w codziennym menu. Bo przecież różnica ma być widoczna już po kilku dniach.

Pytam się, po cholerę porównujecie się do zawodowych sportowców ?!

Te dziewczyny robią formę miesiącami, po to, by na koniec się odwodnić, ‚wyciąć’ i pokazać w dniu zawodów na scenie. To jest forma na jeden dzień, a zaraz po zejściu ze świateł fleszy wchodzi u nich ładowanie, bo ciało, nie jest w stanie na dłuższą metę utrzymać takiego stanu rzeczy. Tym bardziej ciało kobiece!

O ile jeszcze mężczyzna jakoś się podniesie po takich startach, (męski organizm działa zupełnie inaczej niż kobiecy), o tyle u kobiet wchodzi tu w grę ryzyko bezpłodności, insulino oporności, chorób autoimmunologicznych i wiele innych. Zawodowi sportowcy tym się różnią od amatorów, że zdają sobie sprawę z ryzyka zawodowego i starają się je minimalizować. Poza tym nigdy nie działają w pojedynkę. Taka bikiniara wyglądająca jak gazela na szpilach, ma swojego trenera, lekarza, fizjoterapętę, bardzo często także dietetyka. Każda osoba działająca w zespole takiego sportowca trzyma ciągle rękę na pulsie, kontroluje badania krwi, systematycznie uświadamia swojego zawodnika z plusów, i minusów obranej i stworzonej indywidualnie dla niego strategii działania. Dlatego porównywanie się do nich, wg mnie odrobinę mija się z celem…

I tak też właśnie dziś robiąc sobie cardio o poranku, oglądałam filmy polskich i zagranicznych YouTube’rek. Dziewczyny nie widziały problemu w polecaniu swoim fankom diet 1000, 1200 czy 1400 kcal dziennie, przy jednoczesnym sugerowaniu ćwiczenia trzy nawet do pięciu razy w tygodniu…

Kurczę, gdzie tu jest logika?

Ja wszystko rozumiem, ale to już jest zwyczajna głodówka… Jak można zachęcać odbiorców do funkcjonowania na dietach poniżej dziennego BMRu?! Nie rozumiem tego. Dziewczyny błagam, miejcie olej w głowie. To nie jest tego warte…

Ja także wrzucę tu jeszcze zdjęcie z moim dziennym menu i napiszę o tym, jak wygląda mniej więcej moja kaloryczność podczas lekkiej redukcji. Moje ‚redukcyjne’ menu oscyluje pomiędzy 2000 kcal, a nawet 2200 kcal dziennie. Przy wzroście 158 cm jest to naprawdę dużo jedzenia. Ja jednak jestem typem człowieka, który nie zaśnie z pustym żołądkiem, bo tylko się będę wkurzać i mieć koszmary, i nie będę jadła 1400 kcal dziennie, bo podczas treningów byłabym trupem, a nie tą petardą pełną energii, którą jestem teraz . Trenuję, bo to kocham, bo to mi sprawia przyjemność. Wygląd mięśni jest poniekąd pozytywnym efektem ubocznym, dającym zdrową satysfakcję.

Osobiście także, dążę do zachowania minimalnej tkanki tłuszczowej, względem zachowania maksymalnej ilości mięśni. Jednak moje ciało najlepiej się czuje w tkance 18 – 21% tłuszczu. Nie schodzę poniżej tej ilości, ponieważ musiałabym walczyć z własnym organizmem. Oczywiście są dziewczyny, (prawie stuprocentowe ektomorfki*), dla których naturalną tkanką tłuszczową jest 14 – 15%, ale to zdecydowana mniejszość.

*Aby najlepiej zobrazować sobie, co to znaczy ektomorfia i jak by wyglądała taka kobieta, najlepiej wyobrazić sobie dziewczynę naturalnie predysponowaną do modelingu. Długie kończyny, wysoka, brak tendencji do otłuszczania się, ale także ogromne problemy z budowaniem tkanki mięśniowej oraz jej utrzymaniem. Taka jej naturalna uroda.

Dlatego nie dążmy za wszelką cenę do chorych ideałów.

Nie stawiajmy się na równi z pro zawodniczkami fitness bikini i zadawajmy na co dzień więcej pytań dotyczących naszego zdrowia. Jestem ciekawa czy przechodząc na dietę głodówkową, robiłyście sobie wcześniej kompleksowe badania krwi? Tak samo po zakończeniu takiej redukcji, aby oszacować spustoszenia w organizmie? Nie? Tak właśnie robią ludzie świadomie wprowadzający zmiany w swojej sylwetce.

Na koniec zastanówcie się, czy warto jest tym wszystkim ryzykować tylko po to, by mieć większą separację na pośladkowym wielkim, czy na czworogłowym w chwili kiedy biegacie sobie beztrosko po plaży. Czy to naprawdę jest aspekt, który uszczęśliwi Was na dłuższą metę. Z doświadczenia i po ponad czterech latach pracy jako trener personalny zauważyłam, że jeżeli tak obsesyjnie podchodzimy do swoich założeń dietetycznych, to później podczas wakacji pojawiają się wyrzuty sumienia, nawet po zjedzeniu większej ilości truskawek, czy w chwili kiedy znajomi proponują wyjście na loda. Nie żartuję, to smutne, ale historia z wyrzutami po zjedzeniu truskawek jest zasłyszana w damskiej szatni na siłowni.

 

Reasumując,

Będąc wczoraj na zajęciach u So Kayki przez godzinę byłam w hipnozie… Kaya nie ma 15% tkanki tłuszczowej. Jest normalną, zdrową dziewczyną z dużą ilością mięśni, szczególnie imponujące są jej czwórki, pośladki, i ramiona, ale ma także normalną ilość tłuszczu. Taką zdrową i kobiecą.
Jaki był tego efekt? Że zamiast się skupiać na krokach, które zdecydowanie z łatwością mi nie przychodziły, non stop się gapiłam na jej zacne tyły wirujące w rytm muzyki. Z jej ciała biło szczęście, radość, świadomość i dojrzałość ruchu. Coś pięknego. Nie sądzę, że Kaya mając 12% tłuszczu mogła, by tak zarzucać tymi pośladkami w twerku. Dla mnie jest idealna taka, jaka jest i wg mnie, zdrowe i szczęśliwe ciało, to ciało gotowe na plażę.

Załączone zdjęcia dedykuję wszystkim paniom, które nie chcą wyglądać jak zasuszony kabanos tarczyński zapitalający po piasku w bikini.

forma plażowa

 

Pozdrawiam wszystkich i uciekam robić tyłek.. A Wy włączcie sobie Beyonce czy coś :).

Słonecznego dnia Kochani.

 

Zdjęcia w poście są autorstwa Pawła Gluzy/ Outway Adventures.

Zostań ze mną