Flores – inna twarz Indonezji

Martyna Chomacka

Kiedy myślisz o Indonezji, jakoś w głowie nie pojawia się słowo ‚Flores’ jako pierwsze. A szkoda…

Czasem czytam na różnych blogach podróżniczych, jak to ludzie uważają, że Indonezja jest przereklamowana.

Wybaczcie mi tu atak w pierwszym akapicie, ale jak można oceniać cały kraj, jeśli najczęściej te osoby ograniczyły swój pobyt do Bali i hoteli czterogwiazdkowych. Jedząc w restauracjach stworzonych dla turystów, rozmawiając tylko i wyłącznie z Australijczykami i pijąc pinacoladę w Kucie, faktycznie, Bali może się wydawać komercyjną atrakcją. Wtedy nie ma szansy, aby poznać to rajskie miejsce od dzikiej, pięknej nieturystycznej strony. Poczuć, że dotyka się jakiejś prawdy, że przekracza się granice wytrzymałości i poznaje piękno w dziewiczej formie.

 

Ja swoją prawdę o Indonezji znalazłam na Flores

 

Labuan Bajo, fot: Paweł Gluza

Flores, Indonezja

Całe Flores poza portem Labuan Bajo, który bardziej przypomina Bali, jest dzikie. Nie ma tu turystów, ludzi z błękitnymi oczami i białymi twarzami. Nie ma sklepów na każdym kroku i informacji turystycznych. Za to każdy jest miły, serdeczny i otwarty.

Wyspa ma nieprawdopodobny pejzaż co dość dobrze widać na zdjęciu zrobionym z samolotu. Pola ryżowe pną się gdzie okiem nie sięgnąć, a do tego krzaczki kawy rosną sobie spokojnie na zboczach gór. Do tego krystalicznie czysta woda i rafy kolorowe bogate w miliardy rybek. Plaże dzikie i tropikalne.

 

Innymi słowy – RAJ.

 

Flores z samolotu
Flores z samolotu

My na Flores przypłynęliśmy łodzią, jak to opisałam we wcześniejszym poście, ale można zrobić to zdecydowanie szybciej, omijając mniejsze wysepki, które my oglądaliśmy, i wylądować od razu w Labuan Bajo.

Labuan Bajo to świetne miejsce na start swojej podróży na tej wyspie, a także jest to raj dla nurków!

Gdzie nie spojrzysz, wszędzie symbole PADI. Paweł jest już dość zaawansowanym nurkiem i sporą praktykę zdobył w Tajlandii więc, mimo że już wcześniej nurkowaliśmy i snorklowaliśmy na Bali, to tu też postanowiliśmy się pozbyć reszty pieniędzy. Ale nie od razu. Najpierw rozsądnie stwierdziliśmy, że poznamy wyspę, przejedziemy ją wgłąb, a następnie wrócimy sobie tu samolotem i spędzimy dzień na nurkowaniu. BYŁO WARTO!

Po udarze słonecznym miałam przez jakiś czas wstręt do ryżu i azjatyckiego jedzenia

Wiem, brzmi to strasznie, bo jedzenie z tej części świata kocham tak bardzo, jak swoją mamusię, ale co zrobić?

Nie wiem, czy opisywałam to wcześniej, ale to właśnie na Bali po nurkowaniu przez cały dzień i pływaniu, oglądając rafy, dostałam bardzo dużego udaru słonecznego. Wymiotowałam, nie jadłam prawie przez dwa dni a przez kolejny tydzień może po 300-500 kcal dziennie, aby nie zejść ze zmęczenia. Do tego przez jakiś czas miałam problemy z mówieniem, widzeniem i lekko opadała mi dolna warga.

 

Słońce to nie są żarty! Trzeba być z nim bardzo ostrożnym, szczególnie jeśli spędzamy tyle czasu w wodzie. Tak, jak my wtedy, od 10:00 rano do 16:00. Czasem za głupotę, trzeba słono zapłacić. Uczcie się na moich błędach i osłaniajcie swoje ciało oraz spędzajcie więcej czasu w piance, nawet jeśli Was uwiera.

 

Koniec końców, pobyt w Labuan Bajo wspominam jako tęsknotę za europejskim jedzeniem lub jakimkolwiek innym niż azjatyckie.

Pamiętam, że próbowaliśmy tacos, ale nas nie powaliły, głód pozostał. W pewnym momencie wylądowaliśmy w boskiej pizzerii prowadzonej przez uroczego Włocha! Od tamtej pory byliśmy w jego restauracji każdego dnia, jaki spędziliśmy w tym mieście. Naprawdę ciężko o tak dobrą pizzę w Europie, a co dopiero tam.

Flores, pizza
Tania nie była, ale wtedy za pizzę takiej jakości oraz za zimne piwo, byłam w stanie zapłacić naprawdę dużo.

W Labuan Bajo ogarnęliśmy także kierowcę. Wynajem aut nie jest w Indonezji możliwy, niestety trzeba to zrobić z kierowcą na pokładzie. Tym razem zrezygnowaliśmy z Peramy, która życzyła sobie zbyt pokaźną sumkę za przejazd po Flores. Na ulicy znaleźliśmy małe biuro podróży. Obskurny pokoik z gekonem na ścianie, ale cena była w porządku i już rano mogliśmy ruszyć w drogę.

Kierowca nie mówił za bardzo po angielsku, ale jakoś udawało się nam dogadać siłą woli.

Generalnie tak jak na Bali praktycznie każdy mówi po angielsku, tak na Flores prawie nikt. Może dzięki temu, że mieszkają tu głównie lokalsi i jedynie Labuan Bajo i kilka większych miast rozwija się turystycznie, to jednak wyspa jest dość dziewicza i wcale nie tak łatwa do eksploracji.

Wioska WAE REBO

Wae Rebo

Stan dróg na wyspie

Jak tylko opuściliśmy Labuan Bajo, dotarło do nas, jak beznadziejny jest stan dróg na Flores, i jak wolno będziemy się poruszać. To nie są żarty! Dziura na dziurze, brak nawierzchni, rozrzucone kamienie. Średnia prędkość to 20-40 km\h. Lepiej jest się na to przygotować, aby uniknąć później frustracji.

Po długiej i męczącej podróży kierowca wysadza nas w Denge. Stąd rozpoczynamy pieszą wędrówką do wioski położonej na zboczu góry, w samym środku dżungli.

Szlak ma 10 km

Wae Rebo
Punkt startowy szlaku wiodącego do wioski Wae Rebo. Na zdjęciu Paweł i Ala.

Niby to nie jest dużo, ale powiem szczerze, że szlak dał nam w kość. Byliśmy bardzo spragnieni i przez upał ubywało nam morze wody. Do tego sądziliśmy, że na górze się najemy, więc prowiantu też jakoś nie spakowaliśmy wystarczająco dużo.

Za to każdą trudność wynagradzają widoki, bo te, zapierają dech w piersiach!

 

Ile razy w swoim życiu miałeś szansę iść przez dżunglę, po to, by dotrzeć do plemienia, które mieszka w przedziwnej wiosce, gdzie, by wejść musisz dostać akceptację wodza i kapłana oraz przejść przez rytuał powitania? No właśnie! Tak myślałam… Przygoda warta każdego trudu.

 

 

Wae Rebo, fot: Martyna Chomacka
Pamiętam, że stojąc w tym miejscu miałam problem z oddychaniem ze szczęścia. Piękno mnie dosłownie obezwładniło!
Wae Rebo, fot: Martyna Chomacka
Końcówka szlaku, już prawie jesteśmy na miejscu…

Namaszczenie od wodza wioski.

Po wejściu od razu musieliśmy się kierować do szałasu, który był na samym środku osady. Przed wejściem była duża tabliczka w języku angielskim, która mówiła o tym, że nikt kto nie ma aprobaty wodza, nie zostawał w wiosce. Proszono wszystkich przybyszy z zewnątrz, aby nie okazywali sobie uczuć poprzez trzymanie się za ręce, nie krzyczeli i nie utrudniali pracy mieszkańcom wioski.

Po spotkaniu z wodzem udaliśmy się do szałasu, który jest tak jakby domem gościnnym, gdzie wokół paleniska jest 40 mat, na których się układa swoje legowisko.

Dostaliśmy także banany oraz ryż. Pamiętam, że rzuciłam się na nie, jakbym nigdy nie widziała jedzenia. W ogóle poza wszystkimi kolorami, palmami, całym pejzażowym dobrem Indonezji, każdego dnia koszmarnie tęsknię, za owocami których miałam okazję tam spróbować. Nawet banany były tam inne. Małe i zielone a słodkie i idealne. Głód został zaspokojony.

Później mogliśmy od razu wyjść na zewnątrz i zapoznać się z okolicą. Sądzę, że ciężko o bardziej fotogeniczne miejsce!

Wae Rebo, fot: Martyna Chomacka
Widok na całą wioskę ze zbocza nieopodal.
Paweł Gluza
Paweł w swoim żywiole, kosmiczne widoki i dzika natura.
Wae Rebo, Indonezja
Flores jest w większości chrześcijańską wyspą, ale mieszają się tu kulty plemienne z tradycjami ludowymi. Przedziwny kolaż.
fot: Paweł Gluza
Chmury były nierzeczywiste! Magiczny spektakl światła!

Wae Rebo, fot: Paweł Gluza-Pano-Edit

Następnie wróciliśmy do szałasu i szykowaliśmy się do snu.

Pamiętam, że była tam łazienka, i non stop prosiłam Alę albo Pawła, aby chodzili tam ze mną, ponieważ okrutnie się boję pająków. Tam niestety było ich mnóstwo i były wielkie! Nie przesadzam! Wiem, że strach ma wielkie oczy, ale one były znacznie większe niż dłoń. Finalnie unikałam chodzenia do toalety tak długo, jak to było tylko możliwe, a nie czułam by grzecznym było pójść w krzaki, gdzie dookoła są mieszkańcy i coś robią. Tak więc permanentnie trzymałam mocz i non stop bolał mnie pęcherz…

Wae Rebo, fot: Paweł Gluza-Pano-Edit
Nocą wychodziłam z Pawłem by rozstawić statyw. On jest zdecydowanie mistrzem fotografii gwiazd i nieba!
Martyna Chomacka, Flores, fot: Paweł Gluza
A tak wyglądał nasz szałas o poranku.

Jeszcze tylko kupić kawę, ręcznie tkany pled, pożegnać się z plemieniem Manggarai i możemy wracać.

Rano się spakowaliśmy i kupiliśmy od mieszkańców wioski spory zapas kawy Kopi Luwak tej, która kosztuje majątek i ma wyjątkowy smak. Dziś cieszę się, że to właśnie tam udało mi się ją zdobyć, ponieważ kawa była wypalana w wiosce. Tam też mieszkały sobie słodkie Luwaki, wszędzie leżały kosze a na nich susząca się arabika. W tej chwili parząc sobie tę kawę w zaciszu domu, wspomnienia wracają, a przez to, że kupiłam ją u lokalnych mieszkańców ma dla mnie jeszcze większą wartość. Plus kawa robiona w wiosce była znacznie tańsza niż ta w miejscach turystycznych. Kiedy tylko mogę, zawsze staram się wspierać takie inicjatywy.

Ala kupiła piękny pled, ręcznie tkany i już mogliśmy się kierować ku drodze powrotnej.

Pola ryżowe w kształcie pajęczyny, Bajawa oraz gorące źródła.

Naszym ostatecznym i głównym celem był Park Narodowy Kelimutu i piękne kolorowe jeziorka wulkaniczne. Jadąc tam, staraliśmy się zwiedzić i zobaczyć jak najwięcej.

Pierwszym przystankiem były pola ryżowe w kształcie pajęczyny. Ciekawe, nigdy takich nie widziałam wcześniej. Ale nie powiedziałabym, aby ta atrakcja zmieniała moje życie.

Martyna Chomacka, Flores, fot: Paweł Gluza

Gorące Źródła

Następnie nocleg w Ruteng, u pani która miała grób w ogródku przed domem (nie żartuje). Przykro mi, ale nie mam zdjęcia tej osobliwej sytuacji.

Później wizyta w gorących źródłach Soa. I tu zdania są podzielone. Ja byłam nimi zachwycona, a Paweł i Ala nie mogli zrozumieć, jak można chcieć wchodzić do gorących źródeł, kiedy temperatura powietrza sięga 32-35 stopni.

ANO MOŻNA! Przy okazji świetnie się przy tym bawiąc…

 

Mnie ta sytuacja zachwycała! Siedziałam sobie pod wielkim mangowcem, wokół mnie wodospady, woda delikatnie masowała mi ciało. Odrobinę śmierdziała jajkiem, ale to nic! Było warto! Gorące źródła w Soa są Martyna Chomacka Approved!

 

Tylko spójrzcie na te zdjęcia…

Martyna Chomacka, Flores, fot: Paweł Gluza

Martyna Chomacka, Flores, fot: Paweł Gluza

Martyna Chomacka, Flores, fot: Paweł Gluza

Bajawa

Tego samego dnia odwiedziliśmy wioskę w Bajawie. Można tam porozmawiać z rdzennymi mieszkańcami wyspy, kupić ich rękodzieło, zapoznać z ich stylem życia. Jest to niesamowite, że takie miejsca jeszcze się uchowały na świecie!

Kiedy podróżowaliśmy przez Indonezję, napisałam mojej mamie, gdzie aktualnie jesteśmy. Gdy dotarliśmy do Bajawy, to ona powiedziała, że bardzo podoba się jej filozofia tej wioski, ponieważ dużo o niej czytała. Tam, jeżeli mężczyzna odejdzie od małżonki i pozostawi domostwo bez opieki, okrywa się hańbą do końca życia. Taka ciekawostka sytuacyjna :).

Bajawa, fot: Paweł Gluza

Flores, Indonezja

Bajawa, Flores, fot: Paweł Gluza

Następnie ruszyliśmy w stronę wyczekanego Kelimutu.

Po drodze zahaczając o Blue Stone Beach i najlepszą rybę z grilla w tym kraju…

Kilka dni później nawet specjalnie wracaliśmy tam stopem z Ende, po to, by poczuć ten smak jeszcze chociaż jeden raz.

Nocleg ogarnęliśmy sobie w Moni, które jest bazą wypadową na Kelimutu. Tu polecam Wam uważać. Kierowca będzie próbował Was wcisnąć do swojego kolegi albo stryjka sąsiada, który akurat ma wolne pokoje dla turystów. Nie dajcie się w to wrobić! Zdecydowanie lepiej jest znaleźć nocleg samodzielnie przez booking.com jak to bywało wcześniej, a jeśli miejsce jest mniej turystyczne jak Flores, to wystarczy wyjść na ulicę, zapytać kilka osób o różne noclegi w wiosce i na pewno coś się znajdzie.

Kierowca bardzo starał się nam opchnąć obskurny, zagrzybiały pokój z podejrzanymi typkami przed domem. Czuliśmy się strasznie niekomfortowo i od razu wyszliśmy pytać ludzi o dostępne pokoje w tej samej cenie co tam, ale o przyjaznym standardzie. Miejsce, gdzie będziemy się czuli bezpiecznie.

Przyjęła nas wspaniała kobieta, która rano, po powrocie z Kelimutu przyrządziła nam wspaniałe omlety z owocami i pyszną Indonezyjska kawę! Bajka.

Następnego dnia ruszamy na podbój wulkanu. Warto jest wyrobić się, by jeszcze przed wschodem słońca stać nad krawędzią krateru. Sam spektakl kolorów i światełek odbijających się w kolorowe wodzie robi ogromne wrażenie. Warto jest wstawać w środku nocy, by przeżyć coś takiego. Ale o tym więcej w zdjęciach…

Martyna Chomacka, Flores, Indonezja
Najlepsza ryba z grilla w całej Indonezji jest na Blue Stone Beach, na Flores. polecamy bardzo.

Martyna Chomacka, Flores, Indonezja

Martyna Chomacka, Indonezja, fot: Paweł Gluza
Zachód słońca na Blue Stone Beach.
Kelimutu, fot: Paweł Gluza
Jeziorka Kelimutu o wschodzie. Fot: Paweł Gluza

Martyna Chomacka, Flores

Kelimutu, Indonezja, fot: Paweł Gluza
fot: Paweł Gluza

Powrót samolotem do Labuan Bajo.

Następnego dnia wyruszyliśmy na lotnisko i przylecieliśmy znowu do miasta portowego, od którego zaczęliśmy. Loty wewnątrz kraju są super tanie i z pewnością najbardziej opłacalne. Mimo tego myślę, że jednak warto przejechać się tymi wyboistymi drogami, by przeżyć taką przygodę i zobaczyć unikatowe widoki.

Nurkowanie i rozpusta.

Na koniec postanowiliśmy jeszcze trochę ponurkować i okazało się to strzałem w dziesiątkę. Rafy na Flores są znacznie większe niż w okolicach Bali. Do tego Pawłowi udało się w końcu zobaczyć rekiny i popływać z nimi. Ja i Ala widziałyśmy miliony kolorowych rybek i naprawdę bajkowe kolory kosmicznych raf. Dzień zakończyliśmy standardowo pizzą u naszego ulubionego Włocha i następnego dnia wróciliśmy na statek powrotny na Lombok.

Jeśli mogłabym Wam polecić, co koniecznie trzeba zrobić w Indonezji, to zdecydowanie znalazłoby się na tej liście eksplorowanie Flores. My tam spędziliśmy 7 dni i był to idealny czas, aby wczuć się w rytm wyspy.

Na Flores znajdziecie dzikość, naturalność, bezpretensjonalność, pyszne bary na plaży serwujące świeżo łowione ryby, cudowne mgły, chmury i szlaki. Coś, co mocno mnie chwyciło za serce i nadal nie chce puścić.

Labuan Bajo, Flores, fot: Paweł Gluza
Zachód słońca w Labuan Bajo. Fot: Paweł Gluza

 

Więcej moich wpisów z Indonezji znajdziesz TUTAJ.

Zostań ze mną