Lombok, Gili i zdobycie Rinjani

Martyna Chomacka, Rinjani

Tak moi mili, to już ostatni Indonezyjski wpis!

Chyba się cieszę, ponieważ czuję, że serce mi się rwie do innych opowieści. Może czas na trochę odgrzewanych kotletów z przeszłości? Kto wie!

To nie będzie super długi wpis, ale z pewnością będzie bogaty w bardzo piękne zdjęcia! Ten kraj jest tak zróżnicowany, kolorowy i wyjątkowy, że ciągle brakuje mi słów, by to wszystko opisać.

Indonezja dała mi wiele. Pokazała, że warto marzyć, że warto eksplorować i się nie bać. Pokazała, jak smakuje daleka Azja. Sprawiła, że czułam się chciana, a wyjeżdżając odczuwałam tęsknotę, myśląc, kiedy będę mogła tam wrócić.

Lombok był naszym ostatnim przystankiem.

Martyna Chomacka, Rinjani, fot: Paweł Gluza

Byliśmy już na wyspie wcześniej, ale tylko na dwa dni, przed rejsem. Wtedy też dogorywałam po udarze słonecznym, więc nie wspominam tego czasu najlepiej. Tym razem miało być inaczej! Głównym celem pobytu na Lombok było zdobycie Wulkanu Rinjani. Drugiego co do wielkości w Indonezji. Pięknego, wynurzającego się z samego środka dżungli. Jeju, ile lat ja snułam marzenia o tym momencie.

Kiedy w Google oglądałam zdjęcia Rinjani, miałam wrażenie, że to bajka. Że takie miejsca nie istnieją naprawdę.

Świadomie też wybrałam osoby, z którymi wyruszyłam na Indonezję, bo wiem, że taki tryb podróżowania, nie jest dla każdego. Jedną z tych osób jest moja przyjaciółka Ala. Jest to Dziewczyna z niesamowitą energią, ogromną siłą fizyczną i bardzo wysokim poziomem sprawności. Do tego, zawsze potrafi wszystkich rozbawić swoim suchym poczuciem humoru i nie przejmuje się pierdołami oraz nie strzela fochów.

Drugą osobą w naszym teamie był mój chłopak Paweł. Ma ogromne doświadczenie górskie, ciągle podróżuje, wielokrotnie był w Azji, oraz ufam mu w 100%. Dlaczego o tym piszę?

Otóż, kiedy jedziemy w podróż all inclusive i mamy w planie tylko byczyć się na plaży, nie musimy się przejmować. Sytuacja wygląda zupełnie inaczej kiedy wiemy, że przyjdzie moment, gdy będziesz musiał w 100% polegać na drugiej osobie, ponieważ plany jakie macie, chwilami bywają dość ekstremalne.

Zarówno Paweł, jak i Ala są niesamowitymi towarzyszami podróży.

Wiedziałam, że spełniając przy nich wieloletnie marzenie życia, jakim jest zdobycie Rinjani, będę się czuła bezpieczna.

Kilka suchych faktów o Wulkanie.

Rinjani, fot: Paweł Gluza

Wysokość Rinjani to 3726 m n.p.m. Czytałam, że jest raczej łatwy i każdy może na niego wejść. Najtrudniejszy nie jest ale to bzdura, że każdy wejdzie bez problemu. Rinjani to wymagająca góra, dość trudna i momentami zdradziecka.

Pawłowi przy ataku szczytowym uaktywniła się mocno choroba wysokościowa i jak sam stwierdził, gdyby nie to jak go motywowałam, idąc obok, mówił, że pewnie by nie wszedł. Sama końcówka podejścia jest usypana z zaschniętej lawy. Robimy trzy kroki, a o dwa zsuwamy się na dół. Troszkę taka syzyfowa praca.

Dla mnie najtrudniejsze było kroczenie po wąskiej granicy wulkanu nad kraterem, mając świadomość, że jeden niepewny krok i jestem martwa, leżąc setki metrów poniżej. Chwilami to było paraliżujące, ale dawało też nową świadomość i doświadczenie górskie, które jest dla mnie niesamowicie cenne.

Jak tam wejść?

Martyna Chomacka, Rinjani

Na Rinjani nie wejdziemy także bez przewodnika. Czy Ci się to podoba, czy nie, musisz zapłacić za lokalnego opiekuna. Dla nas bywało to chwilami niezręczne, ponieważ razem z nim, idzie ekipa tragarzy niosących namiot i pożywienie. Nawet jeśli tego nie chcesz, oni to mają w zwyczaju. Będą Ci także gotować.

Opcje zdobycia szczytu są dwie. Chociaż może powinnam powiedzieć, że są dwie opcje rozpoczęcia szlaku. Zaczyna się on w wiosce Sembalun i kończy w Senaru. To, który punkt wybierzecie jako startowy, nie ma większego znaczenia.

My wybraliśmy po raz kolejny usługi Peramy, z której korzystaliśmy już wcześniej. Bardzo szybko odpowiadają na pytania, mówią w języku angielskim, większość rzeczy można ogarnąć z nimi online, więc i tym razem czuliśmy, że to dobry wybór. Troszkę dokładniej opisałam ofertę Peramy w Balijskim wpisie, więc jeśli jesteście zainteresowani, zapraszam TU.

Martyna Chomacka, Rinjani, fot: Paweł Gluza

Kierowca przyjechał nas odebrać z miejscowości Senggigi.

Wybraliśmy opcję rozpoczęcia szlaku w Sembalun.

Szlak jest przyjemny, roślinność zmienia się bardzo dynamicznie. Na początku miałam wrażenie, że idę połoniną bieszczadzką, chwilę później zaczęły się lasy. Następnie wkroczyliśmy w mgły, wilgotność powietrza była olbrzymia. Momentami przypominało mi to, bardziej mroczne pejzaże Szkocji, nie tropiki. To wszystko jest bardzo zdradzieckie. Trzeba być przygotowanym dosłownie na każdą pogodę i każdą temperaturę.

Najpierw gorąco, następnie część ‚bieszczadzka’, lekko wietrzna, później ‚szkocki’ fragment mokry, ale ciągle gorący. Przed zmrokiem i atakiem szczytowym dochodzimy do pierwszej bazy. Miało być cudnie, a zamiast widoków przywitał nas bury kolor, wiatr, było zimno i tak jakoś smutno.

Martyna Chomacka, Rinjani
Paweł na szlaku. Mówiłam, że wizualnie takie trochę Bieszczady? 😉

Rinjani, fot: Paweł Gluza

Rinjani
Alicja w Mordorze, prawie…

Nagle nie wiadomo skąd, chmury się rozstąpiły i naszym oczom ukazał się tak zjawiskowy widok, że zaczęłam płakać ze szczęścia.

 

Mówiłam? Jak w Szkocji. Nie podoba Ci się pogoda? NO PROBLEM! Poczekaj 5 minut i się zmieni…

 

Martyna Chomacka, Rinjani, Indonesia
Taki tam zachód słońca na wulkanie
Martyna Chomacka, Rinjani, Indonesia
Lekko opaleni i uchachani od ucha do ucha.

Sam atak szczytowy nie jest bardzo długi. Wstaliśmy około 2 nad ranem, chwilę przed wschodem byliśmy na szczycie. Podejście jednak wg mnie, raczej do super łatwych nie należy. Choroba wysokościowa na tym etapie już mocno dawała się we znaki. Paweł miał ogromne problemy ze stawianiem kolejnych kroków. Mnie chwilami paraliżowała świadomość chodzenia po krawędzi krateru wulkanu i bałam się, że idąc po ciemku zaraz się potknę, i wpadnę w przepaść. Do tego szczyt jest usypiskiem resztek lawy, więc robiąc jeden krok do góry, o dwa zapadasz się w dół.

Rinjani, fot: Paweł Gluza
Kocham nocne ujęcia autorstwa Pawła
Rinjani, fot: Paweł Gluza
Nasz namiot, a w środku Chomik 😉

Przed świtem, atakując szczyt, temperatura oscyluje w okolicach zera, lub nawet poniżej. Do tego wieje niemiłosiernie. Tylko wyjdzie słońce, jest tropikalnie i gorąco. Mocno absurdalne doznania. Przyda Ci się zarówno zimowy puch, soft shell lub jakaś warstwa z gore-texu, a także letnie sandały i krótkie spodenki.

Cały kolejny dzień spędziliśmy na trekingu w stronę gorących źródeł i spaniu niedaleko jeziorka, które widać ze szczytu, znajdującego się wewnątrz krateru. Przyznam, że po tym, jak zmarzłam i jak każdy centymetr mojego ciała błagał o odpoczynek, taki typ naturalnego SPA sprawdził się idealnie.

Martyna Chomacka, Rinjani
ZDOBYWCY!

Martyna Chomacka, Rinjani, fot: Paweł Gluza

Rinjani, fot: Paweł Gluza

Całość przygody z Rinjani zajęło nam 3 dni i 2 noce. Uważam, że to optymalny czas, by zaprzyjaźnić się z tym wulkanem.

Po wszystkim pragnęliśmy odpoczynku. Z Lomboku przedostaliśmy się na pobliskie Gili. Z trzech wysp wybraliśmy Gili Air, jako że słynie ze swojego spokoju, błogostanu, ma bardziej klimat w stylu Zen, niż klubowym jak Gili Trawangan.

Tu był klasyczny raj. Wpiszesz sobie w Google: „Indonesia + paradise” wyskoczą Ci właśnie takie widoki, jakie masz na Gili Air. Brak dostępu do aut, cudne plaże, śliczne kawiarenki, wodne huśtawki, pyszne owoce morza, sprawiły, że niesamowicie żałowałam tego, że mogliśmy spędzić tu tylko półtora dnia. Smutek… Za to wiem, że z pewnością wrócę tu szybko.

Gili Air, fot: Paweł Gluza

Gili Air, fot: Paweł Gluza

Gili Air, fot: Paweł Gluza

Po Gili kierowaliśmy się w kierunku Kuty na Lombok i następnie mieliśmy lot do Dżakarty i Europy. Podróż dobiegła końca.

Jaka była dla mnie Indonezja? Nikogo nie zdziwi pewnie, jak powiem, że była EPICKA! Kolorowa, tropikalna, pachnąca kokosem i kawą, czym dalej wgłąb bardziej dzika, pełna wyzwań, pełna przygód, pełna smaków, pełna pięknych ludzi.

Nie zawsze było cukierkowo, pojawił się też udar słoneczny, trochę zatruć i rewolucji żołądkowych, ale nie są one w stanie przyćmić radochy, jaką mi dała ta podróż.

Dziękuję też mojemu chłopakowi Pawłowi oraz Ali, przecudownej przyjaciółce, ponieważ bez nich ta podróż nie byłaby nawet w połowie tak fajna!

Paweł, Lombok

Lombok, fot: Paweł Gluza

Lombok, fot: Paweł Gluza

A co byście powiedzieli, jeśli by się okazało, że za kilka miesięcy zorganizuję warsztaty kulinarno surfingowe na Bali? Są tu jacyś chętni? 😉

 

Już wkrótce więcej informacji.

A jeśli jesteście ciekawi innych Indonezyjskich opowieści, zapraszam TU.

 

 

 

Zostań ze mną