MasterChef, odcinek #3 – perliczka i pierwsza konkurencja

Martyna Chomacka, Masterchef

Może najpierw zacznę od czołówki, ponieważ mieliście okazję zobaczyć ją po raz pierwszy w tym sezonie.

Czyż nie jest ona śliczna? Kurczę ile to było radochy kręcić ją… Nie mieliśmy pojęcia, jak będzie ona wyglądała i raczej spodziewałam się czegoś podobnego, do tego, co było przez ostatnich 6 sezonów. Nic jednak bardziej mylnego, tu chylę czoła scenografom i reżyserom z TVNu.

Każdy z nas miał inny wątek i inną historię ukazującą nasz charakter. Jakie było moje zdziwienie, kiedy się dowiedziałam, że będę dekorować bezę, bawić się azotem, oraz ubijać śmietanę… Jestem ciekawa, kto maczał palce w scenariuszu i mnie skojarzył z tymi czynnościami…

Tak czy inaczej, beza to klasyk, który pochodzi z mojego domu i to właśnie moja mama nauczyła mnie najlepszej bezy na świecie. Jeśli chcesz się dowiedzieć jak stworzyć prawdziwe dzieło sztuki, a nie zwykłą Pavlovą, zapraszam po przepis TUTAJ.

Zaraz po czołówce kręciliśmy szybkie wizytówki i wywiady z każdym z uczestników, aby widzowie mogli się czegoś o nas dowiedzieć. Wtedy jeszcze samo prezentowanie się przed kamerą nie było dla nas łatwe. Każdy dopiero zdobywał praktykę i uczył się tego, jak nie dukać, nie jąkać się albo w jaki sposób budować zdania w miarę rozsądnie. Uwierzcie mi, nie jest to wcale takie łatwe.

Jeśli chcecie zobaczyć moją wizytówkę, zapraszam TU.

Martyna Chomacka, Masterchef
Jeszcze krótki wywiadzik i możemy gotować…

No dobrze, ale przejdźmy w końcu do kucharzenia w gronie naszej finałowej czternastki!

Wchodzimy do studia… A tam tajemnicze skrzynki!

Jej, ile lat mi się marzyło, aby przeżyć ten moment i dowiedzieć się jakie to uczucie, kiedy podnosi się je do góry!

 

Masterchef, beach pliz

Masterchef

Zawsze wchodząc do kuchni Masterchefa miało się wrażenie, że zaraz dostaniemy ataku serca. Więc to mnie już nie zaskakuje… Adrenalina i kortyzol level hard.

Widzimy tajemnicze skrzynki, białe, piękne i nieprześwitujące. Dla fanów programu te skrzynki to symbol. Czy oglądasz edycję polską, czy australijską, czy amerykańską. Zawsze siedząc przed telewizorem rozkminiałam, co by się zrobiła, gdybym była na miejscu uczestników.

Pamiętam, że tego dnia jury było wyjątkowo rozbawione i non stop żartowało z nami. Miałam nadzieję, że dobre humory zostaną do samego końca konkurencji, ponieważ najgorszą zmorą jest dostać się do programu i odpaść jako pierwszy.

Unosimy skrzynki do góry i w sumie sama nie wiem, co ja wtedy poczułam…

Z jednej strony perliczki nigdy nie robiłam, ale z drugiej, w moim domu je się całą masę kaczek i gęsi. Stąd już zaczęło coś dzwonić i kiełkować w głowie.

Nie uważam, by to zadanie było super trudne, ale jak zwykle bałam się zegara i upływu czasu. To zdecydowanie moja najsłabsza strona, na którą muszę zwracać szczególną uwagę.

Wiedziałam, że perliczka to produkt delikatny, subtelny, że lubi owoce. Najlepiej słodko – cierpkie. Wiedziałam, że sos musi być także w tej nucie utrzymany, aby dopełnił i połączył całe danie.

Dużo nie myśląc w spiżarni, chwyciłam za cały koszyk czereśni. Do tego cykoria, pięknie gorzkawa, ale grillowana idealnie pasuje do słodkich nut. Nasze polskie śliwki, marchewka, wątróbki i już był pomysł na całe danie.

Martyna Chomacka, Masterchef

Martyna Chomacka, Masterchef

Znowu biegałam jak poparzona, modląc się, by czas magicznie się wydłużył.

Najpierw zajęłam się natarciem perliczki ziołami, następnie zrobieniem farszu. Kocham w tej roli wątróbki, do tego cebulka, zioła, owoce. Zawsze dobrze grają z delikatnym mięsem.

Zanim wszystko przygotowałam, minęło zdecydowanie za dużo czasu i nie byłam pewna, czy perliczka zdąży dojść. To jest wiecznie jedna wielka niewiadoma. Albo będziesz na styk, albo czeka cię dogrywka.

Cieszę się też, że mama nauczyła mnie tego, jak należy faszerować dzikie ptactwo. Wiedziałam, że farsz musi być odpowiednio podsmażony, bo inaczej temperatura nie dojdzie do środka i podam surową papkę. Tak, tu technika ma ogromne znaczenie. Niestety właśnie surowy farsz i brak tej świadomości był powodem, dla którego znaczna część uczestników miała problem, w tym Natalia, na której jurorzy nie zostawili suchej nitki.

Prawda jest taka, że dopóki siedzimy przed telewizorem, to wszyscy są mądrzy i każdy się śmieje, jak to uczestnik mógł popełnić tak karygodny błąd. Tylko że sytuacja się zmienia diametralnie, kiedy dookoła jest kilkadziesiąt kamer, reporterzy, presja i stały brak czasu. Tu nie ma miejsca na błąd. Schrzanisz raz? Idziesz do dogrywki. Schrzanisz drugi i wracasz do domu. Czasem nawet przepis, który znamy idealnie, może nam nie wyjść. Coś się może przypalić a śliwki, które zawsze były super słodkie, tym razem mogą mieć w sobie więcej kwasowości i goryczy, co zaburzy równowagę dania. Dlatego polecam wszystkim dystans i nieocenianie sytuacji, w których sami się nigdy nie znaleźliśmy.

Werdykt

Martyna Chomacka, Masterchef

Trzeci odcinek i po raz kolejny żadnej negatywnej uwagi. Magda zachwycona, Michel chwalił grillowaną cykorię oraz perfekcyjną temperaturę perliczki. Faktycznie była upieczona, ale ciągle różowiutka. Mięso soczyste, dodatki także pasujące… Udało się!  Odetchnęłam z ulgą. Już wtedy wiedziałam, że raczej zagrożona nie będę, chociaż w programie Masterchef to nigdy do końca nie wiesz.

Wiedziałam też, że moje szczęście do gotowania bez błędów może się bardzo szybko skończyć i przestanie być tak kolorowo. Nawet w domu nie zawsze wychodzi mi to, co planuję zrobić a co dopiero mówić o kuchni w programie.

Degustacja trwała długo, stałam i czekałam patrząc, jak idzie pozostałym zawodnikom.

NAJlepsza i NAJgorsza trójka

Przyszedł czas ogłoszenia wyników.

Jury wskazało najlepsze osoby, które w jakiś sposób wybiły się z całej grupy, i te, które poniosły sromotną klęskę. Najczęściej powodem był surowy farsz, o którym wspomniałam wcześniej.

Ja nie znalazłam się w żadnej z grup i chwilkę później doznałam szoku, kiedy dowiedziałam się, że to właśnie my idziemy na balkon. ULGA! Koniec stresu na dziś. Cokolwiek się wydarzy, będę kibicować z góry!

Najlepsza trójka walczyła o immunitet. Nie wiem czemu, ale spodziewałam się tego. MasterChef Australia jest moim ulubionym spośród wszystkich i tam te przypinki funkcjonowały od dawna. Tak myślałam, że w końcu i u nas się pojawią. Bardzo mi się spodobał ten zwrot akcji.

Walkę o tort Szwarcwaldzki wygrał Krzyś, któremu mocno kibicowaliśmy z balkonu. Przy Karolinie, która biegała jak szalona z ortezą i Mateuszu w ferworze działań, jego spokojny spacer przez kuchnię Masterchefa naprawdę urzekał. Krzyś w następnym odcinku nie gotuje, ma urlop na balkonie.

Bartek odchodzi od nas jako pierwszy z czternastki 🙁

Za to najgorsza trójka walczyła z foie gras i polędwicą wołową. Zadanie super techniczne, wymagające świetnej organizacji. Tu ciężko jest mi się wypowiedzieć, ponieważ z góry zdecydowanie najlepiej wyglądało danie Bartka, który niestety odpadł. Jego fois było rumiane, stek ładnie skarmelizowany z zewnątrz, ale to nie my próbowaliśmy dań uczestników.

Masterchef

Bartek jest cudownym i uroczym chłopakiem, więc proszę kibicujcie jego dalszej drodze z całych sił.

A ja zapraszam Was do oglądania kolejnego odcinka już za dwa dni w TVNie o 20:00. Obiecuje, że będzie się działo bardzo wiele.

A jeżeli chcecie się dowiedzieć, jak wyglądały wcześniejsze odcinki z mojej perspektywy, zapraszam TUTAJ.

Kolejna relacja już w przyszłym tygodniu!

Trzymajcie się ciepło!

Zostań ze mną