MasterChef, odcinek #4 – mój wypadek

Martyna Chomacka, Masterchef

Ten wpis będzie troszkę innych od pozostałych z tej serii.

To jak krok po kroku wyglądało gotowanie w trakcie odcinka, możecie zobaczyć na playerze. Ale tego, jak naprawdę się czułam i co się tam wydarzyło, to już nie. Dlatego, zamiast pisać nudny post o tym, jak wyglądał odcinek, napiszę o tym, jak się bałam, dlaczego ciągle płakałam, czemu to wszystko jest takie trudne i dlaczego uczestnicy tak przeżywają jakiś głupi program kulinarny.

Najpierw szybki skrót, żeby było wiadomo o co chodzi.

 

Martyna Chomacka, Masterchef

Martyna Chomacka, Masterchef

Wchodzimy do kuchni i jak zwykle niespodzianka. Okazuje się, że czeka na nas film, z którego musimy wychwycić wszystkie szczegóły i zapamiętać przepis, ponieważ za chwilę będziemy musieli go skopiować. Autorami dania jest Mateusz Zielonka i Bartosz Kwiecień, czyli Masterchef 2017 i Masterchef Junior 2018 roku.

Danie jest przerąbane, ale wykonalne. Generalnie ja wykonuję całe zadanie, ale niestety najsłabszym elementem talerza w moim wykonaniu, jest kalmar. Zamiast cudownego smaku owoców morza, u mnie pojawia się zakład wulkanizacyjny. Kalmar bardziej to przypomina starą oponę.

Masterchef, Martyna Chomacka

Martyna Chomacka, Masterchef

Nie zrażam się tym. Jak to mawiają, raz pod górkę, a raz z górki. Mateusz był przekochany i bardzo pomocny, więc nawet mimo, że nie brylowałam w gronie najlepszych, to dużo się nauczyłam tworząc, to danie.

Następnie jurorzy dzielą nas na dwie grupy. Tę, której poszło lepiej (mnie w niej nie ma) i tę, która schrzaniła w swoich daniach coś w mniejszym, lub większym stopniu. Krzysiek ma przywilej wybierania, która grupa będzie walczyła w dogrywce. Wybiera nas, ale jakoś mnie to bardzo nie zaskakuje.

Jury odsłania przed nami temat zadania. Pokazują nam szklany blat a na nim całą masę składników, z których możemy wybrać po pięć na osobę. Elementy wybieramy na zasadzie, kto pierwszy, ten lepszy. Tu właśnie biegnąc po składniki, przywalam głową w szklany blat i zaczyna się lekki dramat. Koniec skrótu. Czas na kółko zwierzeń.

Masterchef, Beach Pliz

Dlaczego uczestnicy traktują ten program tak bardzo serio? Po co tyle płaczu?

Otóż wszystko, dopóki jest oglądane z zacisza własnego domu, wydaje się być takie logiczne i łatwe. Każdy jest mądry i służy złotą radą.

A przypomnijcie sobie jak to było przed maturą albo kiedy się szło na rozmowę o pracę, o której marzyliście bardzo długo, martwiąc, że się do niej nie nadajecie. Albo jak umówiliście się na randkę po raz pierwszy z kimś, na kim Wam bardzo zależało i chcieliście dobrze wypaść. Spróbujcie przypomnieć sobie także pierwsze wystąpienie publiczne. Stresowałeś się recytowaniem wiersza w swojej klasie? Tego, że zaczniesz się jąkać przed wszystkimi i wyjdziesz na głupka, mimo że jeszcze wieczór wcześniej każde słowo, wydawało się oczywiste?

To teraz dodaj sobie do każdej z tych sytuacji mnóstwo kamer, które patrzą na każdy Twój ruch. Dźwig z jedną, która krąży nad Tobą, by nie pominąć żadnego detalu. Mikrofon przyczepiony do Ciebie w każdej sekundzie bycia na planie. Oraz ponad setkę osób, która pracuje przy produkcji, widząc wszystko i wiedząc wszystko. Hmm, czy coś pominęłam?

ACH TAK! Jeszcze tylko 2,5 MILIONA WIDZÓW, którzy raz w tygodniu zasiadają przed telewizorami, by zobaczyć jak to właśnie było!

I ja szalenie się cieszę, że każdy wspiera, ma swoich faworytów i swoją opinię na ten temat. Ale warto jest, też zdać sobie sprawę, że Masterchef jest programem kulinarnym w Polsce z największą oglądalnością razem z Kuchennymi Rewolucjami. Że pisząc się na to, nikt z nas do końca nie wiedział jak to będzie. Bo nikt w szkole Cię nie uczy jak jednocześnie gotować przed tyloma kamerami i udzielać wywiadu reporterom, zachowując przy tym zdrowy rozsądek.

Martyna Chomacka, Masterchef

Czy ja się żalę i żałuję swojego startu tam?

Nigdy w życiu! Ale bycie w Masterchefie nie jest tylko usłane tylko różami, jak może się Wam wydawać.

Piszę o tym w tym poście, ponieważ wypadek był dla mnie czymś uber trudnym. Z jednej strony program to ogromne wyzwanie i tona adrenaliny, którą sprowadziłam na siebie, na własne życzenie. A z drugiej, faktem jest, że nigdy nie rozwijałam się w takim tempie.

Znacie to powiedzenie, że tego, co łatwo przyszło, nie doceniamy? Tak samo odnośnie relacji, jak i rzeczy materialnych?

Łatwo przyszło, łatwo poszło, prawda? 

Tu, to powiedzenie pasuje idealnie, bo w Masterchefie jest dokładnie odwrotnie. My, aby dostać się do programu musieliśmy udowodnić na każdym etapie na ile nas stać. Walczyć i mimo presji pokazać swoje umiejętności z jak najlepszej strony. Po czym wyjechaliśmy z naszych domów, nie wiedząc na jak długo. Może wrócimy zaraz, bo odpadniemy, a może to potrwać wiele tygodni. A kiedy jest Ci ciężko, najchętniej byś się przytulił do ukochanej osoby, chłopaka, małżonka, dziecka, przyjaciela. Tu, bywało to utrudnione. Dzięki temu też, zżywaliśmy się ze sobą coraz bardziej.

Nawiązując do wypadku…

Jeśli o coś walczyłeś tak bardzo… Nie chcesz tego stracić z głupiego powodu. Na przykład uderzając szczęką o szklany blat przed jurorami!

W chwili kiedy pobiegłam po produkty, zależało mi tylko na tym, by chwycić rybę, którą w krótkim czasie można zrobić na milion magicznych sposobów. Ale uderzając się głową o stół, ZOBACZYŁAM PRZEGRZEBKI! Jednak nic nie dzieje się bez przyczyny, jak to zwykła powtarzać moja mama!

Przywaliłam sromotnie, ale wtedy nie było czasu, by o tym myśleć. Jest zadanie, a ze mnie zadaniowa dziewczyna i kocham mieć mniejsze lub większe misje w życiu. Wyłączyłam ból i wzięłam się do roboty. Szczerze mówiąc, dawno nie gotowało mi się lepiej! Jakoś tak w skupieniu i na spokojnie. Gorzej, że pod koniec nie mogłam już ruszać szyją i by zobaczyć co się dzieje, po mojej lewej lub prawej, musiałam obrócić całą sylwetkę, a nie tylko głowę.

Wezwałam medyka, ten od razu się mną zajął. Zobaczyła to producentka programu Masterchef i zapytała, po co mi medyk, przecież nie zacięłam się w trakcie. Na co ja, że przywaliłam w blat i chyba coś jest nie halo z moją szczęką.

Najśmieszniejsze jest to, że większość osób nie zauważyła incydentu, nawet jury, które stało 50 centymetrów ode mnie. Ci, którzy zobaczyli, że coś jest nie tak, stwierdzili, że nie może to być poważne, skoro wróciłam do gotowanie.  Później produkcja w zwolnionym tempie obejrzała na kamerach, co się wydarzyło i natychmiast kazała mi jechać na pogotowie. Dotarło do mnie wtedy, że musiałam dość mocno przywalić, skoro wszczęto taki alarm.

Pogotowie pogotowiem, miałam prześwietlenie, dokładne badania, rozmowę z lekarzem. Tu szczegóły są zbędne. Najgorsze było to, że wtedy dotarło do mnie, że to wszystko, o co walczyłam, tyle starań, tyle wyrzeczeń i trudów może pójść na marne.

Masterchef, Beach Pliz

Czy to koniec mojej drogi w Masterchefie?

Czekałam na prześwietlenie i się zastanawiałam, co się musi teraz dziać na planie. Nie miałam pojęcia, czy moje danie zostało wzięte pod uwagę, skoro nie ma mnie obok. A jeśli tak, nie wiedziałam, czy to w ogóle było tak smaczne, jak mi się wydawało. Nerwy nie opuszczały mnie do samego końca.

Siedząc w poczekalni, myślałam o tym, że jeszcze kilka miesięcy wcześniej, olałabym temat, ciesząc się, że mam jeszcze wszystkie zęby, a nie przejmowała, że mogę wylecieć z show telewizyjnego.

Prawda jest jednak taka, że każde zadanie w Programie Masterchef, sprawia, że rozwijasz się w piorunującym tempie! W życiu codziennym nie stawiasz sobie tak wysoko poprzeczki, nie musisz poddawać się takim próbom i  wyzwaniom. A każde, z którego wychodzisz, sprawia, że jesteś o wiele silniejszy! Tak jakby powoli budowała się zbroja. Uodparniasz się i wyciągasz wnioski. A co najważniejsze…

nigdy nie sądziłam, że da się tak szybko rozwijać kulinarnie! Już po trzech odcinkach byłam zupełnie innym kucharzem. Widząc tę szansę, czując jak wiele się zmienia, z dnia na dzień, nie chcesz za nic w świecie tego stracić.

Znacie to hasło z programu: „Masterchef to największa przygoda mojego życia”

Ja trochę się z niego wcześniej podśmiewałam, ale ono jest w 100% prawdziwe. Wiedząc to już z autopsji, zrobisz wszystko by tego nie stracić, by dalej móc rosnąć w siłę i świadomość kulinarną.

Wracając na plan, nie wiedziałam czego się spodziewać. Skoro lekarz powiedział, że szczęka nie jest złamana i mogę kontynuować. Sądziłam, że jak zwykle makijażystka odrobinę mnie poprawi, zepnę włosy, z których musiałam powyciągać wsuwki do prześwietlenia w szpitalu i stanę za swoim blatem.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy prosto ze szpitala wpadłam na plan a tam taka sytuacja! Widzieliście w odcinku, byłam w wielkim szoku, jak to wszystko wyglądało i jeszcze większym, gdy dowiedziałam się, że razem z Olą mamy najlepsze dania.

Nie potrafiłam wtedy być skałą i się nie wzruszać. To był bardzo dla mnie szczególny moment.

Martyna Chomacka, Masterchef

Filozoficzne podsumowanie

Wielu z Was pyta:

„Co zrobić by dostać się do Masterchefa?”

I nie mam jednej odpowiedzi na to pytanie. Chyba tylko by być sobą i się starać. W momencie, kiedy myślisz, że nie dasz rady to zacisnąć poślady i pomyśleć, po co w ogóle walczysz. Myślę, że kluczem do dostania się do finałowej czternastki, jest także posiadanie marzeń. Wiedzieć, że od życia zawsze można wyciągnąć więcej, jeśli się tylko bardzo o to postaramy. Nie odpuszczanie, kiedy pod nogami pojawia się kłoda za kłodą.

Masterchef moją przygodą życia?

wypadek, Masterchef

Po zejściu na dno Wielkiego Kanionu i spaniu przy rzece Kolorado, po oglądaniu zórz polarnych na Islandii zimą, po wejściu na Wulkan Rinjani w Indonezji i doświadczeniu w końcu choroby wysokościowej, po oglądaniu żyraf w Senegalu beztrosko biegających sobie po sawannie, stwierdzam, że TAK, Masterchef, jest przygodą mojego życia!

Bez znaczenia czy odpadasz na początku, czy jesteś do końca. To ile się uczysz, jak bardzo rozwijasz skrzydła, jak niesamowicie się sprawdzasz w sytuacjach, w których dobrowolnie nie ma opcji, byś się znalazł w inny sposób. To jak dorastasz jako człowiek i jako kucharz, jest po prostu niesamowite. Dlatego jestem super wdzięczna, że mam okazję przeżywać i kontynuować tę dziką podróż.

Jestem także wdzięczna, że poznałam taką masę inspirujących i zarąbistych charakterów w trakcie bycia w programie. Magda, Michel i Ania to tylko wierzchołek tego tematu. Cały team pracujący przy produkcji to ludzie przewspaniali, z ogromnymi sercami, wielką wyrozumiałością, toną poczucia humoru i dystansu oraz głową ciągle pełną pomysłów. Nie żartuję i nie koloryzuję.

Dlatego, jeśli rozważasz startowanie w programie, powiem krótko: ZRÓB TO! Bo może się to okazać jedną z najlepszych decyzji w życiu!

Aaa właśnie! A co się wydarzyło dalej w odcinku?

Bym zapomniała…

Dogrywek było mnóstwo. Kilka etapów walki, podczas których spędzałam czas głównie z medykami, ponieważ za bardzo mnie bolała głowa by stać na balkonie. Na zbliżeniach kamer widziałam zmagania chłopaków, nie ukrywając, że kibicowałam szczególnie Wojtkowi i Arkowi, ponieważ z nimi z tej dogrywkowej ekipy zaprzyjaźniłam się najbardziej.

Odpadł Tomek.

Nie przedłużając wpisu, robiąc z niego tasiemca, powiem tylko, że szczęka cała i z pełnym uśmiechem zapraszam Was po kolejną relację na bloga już po piątym odcinku.

Chcesz poczytać o tym, co się działo wcześniej? Zapraszam TUTAJ. Pełne kompendium wiedzy Masterchefowej.

A jeżeli masz ochotę ugotować w swoim domu, moje przegrzebki, o które walczyłam NA ZABÓJ, zapraszam po PRZEPIS TU.

Martyna Chomacka, przegrzebki przepis, Masterchef

 

 

 

Zostań ze mną