MasterChef, odcinek #5 – fala hejtu, nienawiści i pierwsza drużynówka

Martyna Chomacka, Masterchef

Oj, to dopiero będzie specyficzny post… Inny niż zawsze

Do tego piszę go, siedząc w bajecznie pięknych Dolomitach. Moja głowa krąży gdzieś po szlakach i jakoś ciężko zejść mi na ziemię do tych wspomnień. To był trudny odcinek, nie ma co się czarować. Prawda jest taka, że nie wspominam go najlepiej.

Myślałam, że nie urodzę tego tekstu, ale walczę…

W sumie to ja nawet nie jestem pewna, od czego zacząć. Może od tego, że bardzo się stresowałam tym odcinkiem. Chociaż taka prawda, że każdy odcinek przyprawia uczestników o atak serca.

We wcześniejszym wylądowałam na pogotowiu, a przed drużynówką skończyłam na antybiotyku i leczyłam anginę. Jeszcze w trakcie konkurencji miałam zmieniony głos i kto mnie dobrze zna, szybko to zauważył.

Martyna Chomacka, Masterchef

Wchodzimy na plan. Tego dnia to był żar tropików. Ponad 30 stopni, a do tego bez prądu i przy ogniskach…

Scenografia piękna, chociaż na widok rzędów ławek, już było mi słabo. Oczywistym było, że gotujemy dla mnóstwa osób. Teraz tylko pytanie ilu i w jakim czasie?

Okazało się, że dla dwustu, plus naszego jury. Czas – trzy godziny. Drużyn, mimo że chcielibyśmy, nie wybieramy sami. Ja zostałam przydzielona do jednej z Natalką, Mateuszem Krojenką i Ratajczykiem, Krzysiem i Lorkiem.

Jak widzieliście, gdy zapytano nas, kto chce być kapitanem, zgłosiłam się dobrowolnie, ponieważ na co dzień zajmuję się delegowaniem zadań i braniem odpowiedzialności za komendy, które wydaję. To było jednak pytanie podchwytliwe, ponieważ ani ja, ani Karolina, która zgłosiła się u niebieskich, nie mogłyśmy objąć tej roli.

To, czego nie mogliście zobaczyć, oglądając program, to słowa Natalii, która w chwili, gdy dowiedziała się, że musi być kapitanem,

 

poprosiła, bym przejęła rolę wokalną i jej pomogła w prowadzeniu grupy. Tak, to nie była moja samowolka, tylko jej prośba, ponieważ najzwyczajniej ona nie odnajduje się w roli osoby, która ma delegować zadania i je egzekwować od kogoś głośno mówiąc.

Masterchef, Beach Pliz

 

Nie wiem, czy ma sens opisywanie całego zadania ze szczegółami. Większość widzieliście w tv bądź na playerze oglądając odcinek.

Może powiem tylko, że wcale nie pracowało nam się tak źle, jak mogło to wyglądać z Waszej perspektywy.

Jak widziałam naszą drużynę?

Martyna Chomacka, Masterchef

Natalia, mimo że raczej jest osobą cichą i spokojną, to była świetnym kapitanem. Na każdym etapie tworzenia dań nad wszystkim czuwała. Wszystkiego próbowała, wszystko konsultowała. Do tego świetnie nam się gotowało i chyba nigdy nie zapomnę tego wielkiego garnka z milionem litrów chłodnika oraz jego doprawiania. Nagle człowiek zdaje sobie sprawę, że szczypta soli nie zadziała… Żeby zmienić smak, trzeba dosypać z pięć łyżek stołowych soli, czy cukru. Ciekawe doświadczenie. Nagła zmiana punktu widzenia.

Kolejną ogromną niespodzianką było dla mnie pracowanie z Mateuszem Krojenką. Prawie nie pokazano tego w odcinku, a uważam, że był chyba najdzielniejszą osobą w całej grupie i tu nie ma wyolbrzymiania. Najpierw oboje ogarnialiśmy i przyprawialiśmy ponad 20 kilogramów mięsa, a następnie on stał nad grillem wiele godzin, by to wszystko upiec. Pamiętam moment, gdy liczyła się każda sekunda i on nawet nie chciał się odwrócić od stanowiska, by się napić wody. W wolnej chwili wsadzaliśmy mu butelkę w usta, bo tak się wczuł, że nie zostawiał nawet na sekundę ognia bez nadzoru. Strasznie fajnie było go poznać od tej strony, ponieważ wcześniej nie mieliśmy za bardzo okazji razem pracować.

Każda osoba wnosiła coś innego. Nie ukrywam, że Lorek był mi tam bratem a reszta naszej ‚szajki’, znalazła się po stronie niebieskiej. Mam tu na myśli Patkę, Arka i Wojtka.

Mimo tego nauczyłam się mnóstwo i fajnie było poznać resztę uczestników trochę bliżej. Samo doświadczenie drużynówki wspominam pozytywnie, ponieważ była to niesamowita szkoła organizacji.

Martyna Chomacka, Masterchef

Skoro jesteśmy tacy fajni, to czemu przegraliśmy?

Masterchef, Beach Pliz

Zawiniło wiele aspektów.

Z pewnością moja propozycja zrobienia dzieciakom keft bliskowschodnich nie była najlepszą opcją, delikatnie mówiąc. Za wiele przypraw, smaki, które nie są im znane, nie kojarzyły się za dobrze. Dorośli byli bardzo zadowoleni ale co z tego, to nie oni finalnie nas oceniali. Bardzo źle dobrałam menu do naszej grupy docelowej. Pulpety z sosem pomidorowym były znacznie lepsze w tej sytuacji.

Ziemniaki nie dość, że były niedogotowane i niedopieczone, to jeszcze te, które były dobre, musieliśmy dzielić na malutkie części (jeden harcerz dostawał 1/5 ziemniaka, ponieważ było ich tak mało).

Deseru nie wystarczyło, pod koniec serwisu dawaliśmy właściwie same owoce z odrobiną ‚zupy nic’ ponieważ zabrakło nam składników.

Czy faktycznie poszło nam aż tak do dupy?

Kurczę w żadnym wypadku! Wiecie, co jest najfajniejsze? Że obie grupy zbudowane tylko z amatorów, przygotowały w trzy godziny zupę, danie główne i deser dla 203 osób! Kto normalny może się czymś takim pochwalić?!

Nigdy w historii polskiej edycji programu Masterchef, nie było zadania na aż taką skalę, do tego nie było sytuacji, by grupom poszło tak dobrze, jak nam. Jasne, kilka rzeczy nie wyszło, np. moje kefty były złym pomysłem. Niebieskim za to zabrakło zupy chwilę po rozpoczęciu wydawki. Panował chaos. Niebiescy też w trakcie gotowania zmieniali swoje menu, ponieważ gnocchi Ewy, choćby najlepsze w takim czasie były niewykonalne. Drużyna zrobiła pure.

Czy to jest dramat? Nie, ponieważ wszyscy zrobiliśmy smaczne, ciekawe jedzenie, które całe mnóstwo osób zjadło z apetytem. Wygrali lepsi, ale żadna z grup nie miała merytorycznego przygotowania, by obsłużyć taki tłum. Nikt z całej dwunastki nie szkolił się w prowadzeniu kuchni na masową skalę. Nikt z nas nie gotuje w kilka godzin dla całej sali np. weselników a mimo tego, kardynalne błędy jak chociażby podanie surowego mięsa, nie zostały popełnione. Wszystko odbywało się przyzwoicie.

Po gotowaniu podeszła do nas producentka programu Masterchef i powiedziała kilkukrotnie, że to było bardzo ciężkie zadanie i że obiektywnie poszło nam wszystkim bardzo dobrze!

Ja byłam z nas dumna, mimo że czułam świadomość nadchodzącej eliminacji.

Masterchef, Beach Pliz

Idziemy do kuchni jak na ścięcie.

Gdy wchodzisz do kuchni Masterchefa już czujesz, że gardło zaciska się z nerwów i ciężko się oddycha. Kiedy jednak wchodzisz tam, czekając na zadanie eliminacyjne, odnosisz wrażenie bycia ‚zbitym psem’, bo konkurencje zawsze są uber ciężkie. Dużo uczą, wiele się z nich wynosi, ale eksploatują człowieka do granic możliwości.

Martyna Chomacka, Masterchef

Co bym ja zrobiła na miejscu kapitana drużyny?

To pytanie zadawało mi dużo osób.

Jak widzieliście, Natalka musiała zadecydować czy ma iść sama na balkon i być bezpieczną, pozostawiając całą swoją drużynę na dole, czy może zostaje i walczy, dobierając sobie dowolną osobę.

Wybrała walkę. Czy bym zrobiła tak samo? Sądzę, że tak, ale życie nauczyło mnie, by nie oceniać sytuacji w  których nie miałam szansy się znaleźć.

Finalnie to do Natalii więc należała decyzja, z kim będzie gotować, i przeciwko komu ma największe szanse wygrać.

Jak ma się pecha, to do samego końca…

W tym odcinku wszystko szło nie tak. Najpierw Natalia została wybrana kapitanem drużyny, którym nie chciała być, później przegraliśmy konkurencję, a podczas eliminacji bardzo głęboko zraniła się nożem. Samo zacięcie się miało miejsce w ciągu pierwszych pięciu minut od momentu wyjścia ze spiżarni. To ją bardzo wybiło z rytmu i rozproszyło. W panice i chaosie oraz z krwawiącą ręką ciężko jest myśleć o trzech różnych daniach i sosach w trakcie ostatnich kilkudziesięciu minut.

Przegrała.

Dania Mateusza wydawały się być nawet z góry lepiej dopracowane i spójniejsze. Mimo tego, Natalia odeszła z honorem, ciesząc się ogromną sympatią uczestników i naszego jury.

Nienawiść po odcinku i pierwszy hejt z jakim się zderzyłam w swoim życiu.

Ja odcinek zobaczyłam dopiero 24 godziny po premierze, ponieważ jechałam wtedy autem do Włoch. Stresowałam się nim ponieważ, zapisał się w mojej głowie jako raczej mroczny obraz. Przegrywamy drużynówkę, upał taki, że ciężko się oddycha, większość osób, z którymi trzymam się blisko w programie Masterchef jest w przeciwnej drużynie, później dramatyczna eliminacja, wypadek Natalii i bardzo smutna atmosfera, kiedy ona opuszcza program.

Rano znajomi z Masterchefa zaczęli wysyłać mi różne komentarze, aby zobaczyć co ludzie piszą odnośnie tego odcinka. I to był błąd, bo wcześniej sama tam za bardzo nie zaglądałam i wolałam zająć się widokiem Alp, do których w końcu dotarłam.

Masterchef

Najpierw mnie zamurowało, a później zdałam sobie sprawę, jak bardzo to smutne i jak bardzo współczuję im takiego nastawienia w życiu.

Wszędzie się piętrzyły komentarze, że to ja powinnam odpaść, a nie Natalia. Wyrzuty, że za dużo gadam i jakim prawem mogę źle mówić o kimś, kto był w mojej drużynie. Cała masa wyzwisk, obelg, nienawiści i pustego plucia jadem.

Najpierw się przestraszyłam, że byłam jakimś potworem w tym odcinku i, że muszę być chyba bardzo złym człowiekiem, skoro czytam takie słowa. Tylko dlaczego jednocześnie mnóstwo osób mi napisało w trakcie emisji, że mnie podziwia za determinację i charyzmę, a mama powiedziała, że jest dumna… ? Coś mi się nie sklejało w całość.

Dobę później zobaczyłam odcinek razem z Pawłem i Hanią tu we Włoszech i mi strasznie ulżyło. Dotarło do mnie jak bardzo puste i pozbawione treści są te wyrzuty. Czym tak naprawdę jest klasyczny hejt i z jakim wiadrem pomyj musisz się liczyć, jeśli idziesz do tak dużego show, jak Masterchef.

Każdy jest pierwszy w ocenianiu, każdy jest ekspertem i wie najlepiej, co inni ludzie powinni robić.

Prawda jest jednak taka, że dużo łatwiej jest krytykować i upokarzać innych, ponieważ cudze zwycięstwa, czy sukcesy, przypominają osobom z ogromną ilością kompleksów i żalu do życia, o własnych nieudolnościach.

Hejt jest zbudowany na zazdrości i pojawia się w chwili, gdy widzimy, że ktoś realizuje nasze marzenia i żyje bez problemów, z którymi my się musimy ścierać. Boli nas, gdy z ogromną łatwością ta osoba idzie do przodu, kiedy my tkwimy w smutnym punkcie, nie rozwijając się. Gdy jesteśmy samotni i niezadowoleni z życia, to z łatwością oceniamy i wchodzimy w rolę kata i oprawcy. Osoby o słabym charakterze dzięki temu się dowartościowują, a internet daje im wrażenie anonimowości.

Strasznie smutny obraz współczesności, który finalnie wywołał we mnie dużo współczucia wobec takiego zachowania.

Spełniony człowiek z masą zainteresowań i ciepłem przyjaciół, w chwili kiedy słyszy utwór, który mu się nie podoba, wyłącza radio. Widząc aktora, który strasznie go irytuje, unika oglądania filmów z nim. Czując dyskomfort i antypatię, unika źródła tej sytuacji.

To jest normalne i zdrowe. Bo nie ma nic złego w różnicy zdań, fajnie, że różnimy się od siebie i każdy lubi co innego. Smutno by było, gdybyśmy wszyscy byli identyczni i mieli takie same preferencje. Dziwnym jest natomiast kiedy zaczynamy swoje kompleksy i żal do świata wylewać na innych ludzi, szczególnie, kiedy nie są oni tak naprawdę korzeniem naszych problemów. My chcemy w ten sposób przez krótką chwilę poczuć się z pozoru silniejszymi.

Fajnie bardzo opisał to zjawisko Jakub Kuś, na stronie SWPS-u:  https://www.swps.pl/centrum-prasowe/archiwum-centrum-prasowego/279-komentarz-ekspercki/3840-nowe-imie-nienawisci-hejt.

Czy też Anna Lewandowska na swoim blogu: https://hpba.pl/hejt-skad-sie-bierze/ 

Ocenianie uczestników, czyli to, z czym musimy się teraz liczyć na co dzień.

Każdy z naszej czternastki w mniejszym lub większym stopniu doświadczył negatywnych komentarzy i ataków, ale niektóre z nich bawią mnie szczególnie.

Patrycja podobno wkurza ludzi i jest sztuczna, gdzie nie pamiętam, by pokazano ją gdzieś inaczej niż z pełnym uśmiechem na twarzy, zawsze chętną do pomocy innym. Taka też jest na żywo, dla mnie była najbliższą osobą w trakcie trwania całego programu. Autentyczna i wiecznie roześmiana.

Pod osobą Tomka, były adresowane zarzuty, że ma ‚parcie na szkło’ i jest cwaniakiem. To jest bardzo zabawne, ponieważ być może odkryję przed Wami Amerykę, ale KAŻDY uczestnik programu ma w mniejszym lub większym stopniu ‚parcie na szkło’, skoro dobrowolnie się tam zgłosił. Mało tego, każda osoba, z tysięcy, które zaaplikowały do Masterchefa a się nie dostały, miały parcie na szkło, ponieważ bardzo chciały się znaleźć właśnie w tym miejscu. Każdy z nas uważał, że ciekawie będzie się sprawdzić w takiej sytuacji, ucząc nowych rzeczy. Sami zgłosiliśmy się do wzięcia udziału w show telewizyjnym.

Arek wkurza, jest nie taki. Jeszcze poprawia bezczelnie wąs co jest niehigieniczne. Wyobraźcie sobie, że tam mieliśmy wodę i myliśmy ręce bardzo często w trakcie gotowania a obraz sytuacji, który Wy dostajecie, jest dość mocno okrojony.

Ja, już wspomniałam, jestem najgorsza ze wszystkich. Śmieje się za głośno, bo przecież widok szczęśliwych i wesołych ludzi boli. Ubieram się nie tak, jak trzeba, pcham się ciągle na pierwszy plan, za dużo mówię, no generalnie to, czego dotknę, nagle staje się beznadziejne… I tak przykro mi, ale jestem skrajną ekstrawertyczką, lubię mówić. Dużo. Robiąc coś, angażuję się w to całą sobą. Jeśli boli Cię widok szczęśliwych, spełnionych ludzi, którzy próbują jak najlepiej radzić sobie z nowymi zadaniami, proponuję zamknąć oczy i wyłączyć telewizor. Wtedy być może ja i reszta uczestników nie będziemy tacy irytujący.

Wnioski na koniec?

Napiszę chyba tylko to, że cieszę się z miejsca, w którym aktualnie znajduję się w swoim życiu. Wspaniale jest w chwili, kiedy zaczynam się bać albo zderzam się z taką niechęcią, móc przytulić do ukochanej osoby. Jestem bardzo wdzięczna za to, jak mogłam do tej pory się spełniać, tyle podróżować po świecie, a widząc jak wiele furtek otwiera mi Masterchef, tym bardziej chcę skakać do góry i dawać z siebie jeszcze więcej.

Cieszę się z tego, że mam tak wielu przyjaciół i życzliwych osób dookoła, które ciągle wskazują mi, gdzie wiatr najbardziej będzie wiał w moje skrzydła.

Jestem zdrowa, mam dwie nogi, dwie ręce, żyję w kraju, gdzie mogę być kim zechcę i gdzie samodzielnie wpływam na swoją przyszłość. Mam rodzinę i ukochanych ludzi, dla których wiem, że warto jest się starać, i tego życzę także Wam :).

Jeśli skupiamy się na właściwych rzeczach w życiu, lokując swoją energię w dobrym kierunku, szybko widzimy owoce takiego podejścia. A karma wraca i dlatego dobrze jest się dzielić, tym co jest w nas pozytywne!

 

Dziękuję Ci za Twój czas poświęcony na czytanie tego wpisu. Jeśli jesteś zainteresowany kolejnymi, zapraszam do kliknięcia TUTAJ.

 

A teraz pozdrawiam mocno z bajecznie pięknych, włoskich Dolomitów i wracam do parzenia pysznej kawy i oglądania cudownych jesiennych kolorów.

Martyna Chomacka, Beach Pliz

Pięknego dnia!

 

 

Zostań ze mną