MasterChef, odcinek #6 – duże podróże i urodziny Michela

Martyna Chomacka, Masterchef

Po odcinku, który kojarzę z goryczą, niepokojem i niezrozumieniem, przyszedł czas na pozytywy i optymistyczny akcent!

Wchodzimy do kuchni a tam flagi różnych krajów i kulinarna lekcja geografii!

Masterchef, Beach Pliz

Martyna Chomacka, Masterchef

No i jak ja mam się nie cieszyć? Jak na ten widok moje serce ma nie zacząć bić szybciej?!

Stoimy w rzędzie i wlepiamy wzrok w stół założony różnymi daniami, posegregowanymi na sześć krajów. Wśród nich znajdują się: Chiny, Turcja, Singapur, Indie, Meksyk i Peru. Dowiadujemy się, że do jednego z tych miejsc najlepsza piątka pojedzie w tym roku (to jest ta dobra wiadomość). Zła – musimy ugotować sześć przystawek, po jednej z każdego miejsca, plus swoją własną w 90 minut.

Jak przypomnę sobie moje postrzeganie kuchni i czasu przed wzięciem udziału w programie i w chwili kiedy stałam w tej kuchni, to ta sama wartość, zaczęła mieć dla mnie zupełnie inne znaczenie. Jak niby mamy zrobić tyle przystawek w tak krótkim czasie?!

Kilkuminutowa biesiada przy międzynarodowym stole.

To, czego Wy nie mogliście zobaczyć, to nasza degustacja przed gotowaniem. Mogliśmy podejść do blatu i rozmawiając z jurorami spróbować wszystkiego i mieć tych kilka minut, aby w głowie obmyślić plan. Pomiędzy ogłoszeniem konkurencji a rozpoczęciem gotowania uczestnicy nie mają żadnych przerw gdzie, mogliby sprawdzać przepisy itp. To nie jest naciągane. Tę chwilę, którą dostaliśmy, każdy starał się wykorzystać jak najlepiej. Podpytywaliśmy jurorów o różne składniki czy profil smakowy oraz pomagaliśmy sobie nawzajem.

Martyna Chomacka, Masterchef

Ja wiedziałam, że nawet jeśli schrzanię, to jest to tak wdzięczna dla mnie konkurencja, że zrobię to z uśmiechem na ustach!

Pobiegliśmy do spiżarni.

Boże, co tam się działo…

Wyobraźcie sobie jedenaście osób, z których każda ma zrobić siedem dań a na „shopping” dają sobie jakieś 4-5 minut. Przecież w tej spiżarni był armagedon! Totalny chaos i apokalipsa. Mogliśmy do niej wracać tak wiele razy, ile tylko potrzebowaliśmy. Najlepiej jednak jest wziąć wszystko w jednej turze lub dwóch, aby zaoszczędzić sobie czas i móc skupić się na gotowaniu. Ja finalnie biegałam łącznie kilkanaście razy do spiżarni po jakieś pojedyncze produkty. Organizacja ciągle jednak u mnie leży i śmieje się prosto w twarz!.

Tak naprawdę nie bałam się żadnego kraju, na wszystko od razu się skrystalizował pomysł. Jak się później okazało nie każdy z nichł był trafiony, ale mimo wszystko gotując te dania miałam mnóstwo frajdy!

Martyna Chomacka, Masterchef

Martyna Chomacka, Masterchef

Znaczna część moich kolegów i koleżanek czuła przerażenie, niektórzy nie wiedzieli nawet o jakim kontynencie mowa w kontekście danego kraju. Tu faktycznie moje podejście włóczęgi i wiecznego marzyciela przydało się. Zarówno smaki, jak i przyprawy nie były mi obce.

Gorzej, że w trakcie oceniania Magda Gessler nie była tego samego zdania.

Dania wyglądały ślicznie i ja byłam z nich bardzo dumna. Finalnie podałam sześć z siedmiu wymaganych dań.

Martyna Chomacka, Masterchef

Magda Gessler powiedziała, że moje połączenie tuńczyka i arbuza w ceviche sprawia, że to nie jest to poprawne ceviche. Ja kiedyś właśnie takie połączenie jadłam i byłam nim powalona. Najwyraźniej moje wykonanie, pani Magdzie do gustu nie przypadło.

Zupełnie innego zdania był Michel, który bardzo pochwalił moje dania i Ania, która zakochała się w moim Butter Chickenie. Mówiła, że to jeden z lepszych, jakie miała okazje jeść. Szkoda, że akurat ten fragment nie został pokazany.

Martyna Chomacka, Masterchef

Konkurencję wygrała Ewa i poszła na balkon. Ja wtedy miałam swój mały kryzys i było to widoczne w kolejnej konkurencji.

Załamanie w trakcie najbardziej pozytywnego dnia w historii całego Masterchefa.

Wiecie, czym jest zmęczenie materiału? Czuliście się kiedyś pusty dzban, z którego ktoś usilnie próbuje coś nalać, ale naprawdę nie została tam już ani jedna kropla kompotu i choćbyś chciał spragniony człowieku to więcej napoju dla ciebie nie będzie?

No to ja od początku konkurencji byłam takim pustym dzbanem po kompocie…

A konkurencja przyznam, że piękna, wyjątkowa!

Martyna Chomacka, Masterchef

Masterchef

Martyna Chomacka, Masterchef

Urodziny Michela

Wszyscy składają życzenia, od Gordona Ramsey’a po jury z Australii. Wchodzimy z balonami i cudownym tortem z pracowni Magdy Gessler. Michel super zaskoczony, bo naprawdę dostał zupełnie inny scenariusz i nie spodziewał się niespodzianki.

Martyna Chomacka, Masterchef

Wszystko pięknie, ale w środku czułam, że coś jest nie tak.

Mieliśmy zadowolić Michela i sprawić mu przyjemność smakami, które on sam w wywiadzie określił jako swoje ulubione. Kierunek idealny dla mnie. Kuchnia francuska, którą ubóstwiam, oraz na podium znalazły się krwiste steki, czekoladowe foundanty i suflety. Znowu przestrzeń, w której czuję się bardzo dobrze i komfortowo a od samego początku byłam jakaś sparaliżowana i ‚potrącona’.

Martyna Chomacka, Masterchef

Każdą porażkę i sukces w życiu trzeba sobie jakoś wytłumaczyć i przepracować w głowie.

Ja od drużynówki, która była dla mnie czymś koszmarnym oraz po konkurencji podróżniczo – przystawkowej, z której byłam bardzo dumna, ale mimo wszystko zostałam negatywnie oceniona przez Magdę, czułam, że straciłam na chwilę pewność siebie w kuchni.

Na danie główne zdecydowałam, że zrobię krwisty stek z polędwicy wołowej, palone pory, sos whiskey z pieprzem zielonym i gratin. Klasycznie z serem Gruyere. Deser to foundant czekoladowy, słono – słodka pralina pistacjowa i coulis malinowe.

Znam te rzeczy, przecież nie mogą nie wyjść… A jednak sos się zwarzył cztery razy. CZTERY RAZY! Kurde! To więcej niż pech. Miałam wrażenie, że czego nie dotykam, to nagle się psuje. Tak jakbym się bała i palniki, nóż i składniki na mojej patelni czuły to.

Na koniec miałam wrażenie, że jeszcze przeciągnęłam foundant i zamiast pysznego mokrego środka, zrobiłam chamskiego, suchego murzynka.

I czemu znowu ryczysz?!

Tak sobie myślałam, stojąc przed moim talerzem, czekając na degustację.

Michele chciał pomóc, powiedział, że możemy wybrać jedno danie, to lepsze i tylko z nim przyjść do oceny. Mnie zamurowało, bynajmniej nie z zachwytu. Oba dania niby zrobiłam, ale z żadnego nie byłam dumna. Totalnie nie wiedziałam, czy iść w stronę deseru czy dania głównego. Patrzyłam w te talerze i patrzyłam… Co jakiś czas spoglądałam pytająco na Patrycję, by mi doradziła, bo czułam, że nie jestem w ogóle obiektywna odnośnie swojej pracy.

Finalnie w ostatniej chwili postanowiłam pójść z deserem.

Stojąc przed jury pierwszy raz od chwili kiedy dostałam się do programu, moja pewność siebie była zerowa. Gdy byłam dumna z przystawek, to okazały się niepoprawne, jak zapytana kto chce być kapitanem drużyny, odpowiedziałam, że ja, to wyszło, że niepotrzebnie się staram. Stałam tam i czekałam na odpowiedź, co zrobiłam nie tak, tym razem.

Chyba Michele zapytał się mnie, co się dzieje, a ja nie wiedziałam co odpowiedzieć. Tak się cieszyłam z jego urodzin i z tego, że mogę dla niego gotować, a miałam wrażenie, że jestem tym pustym dzbankiem po kompocie, który nie wie, po co jeszcze stoi na stole. Dodam tylko, że taki poziom użalania się nad sobą nie jest dla mnie czymś normalnym.

I wtedy stał się cud!

Martyna Chomacka, Masterchef

Kiedy ja się poddałam, okazało się, że deser jest pyszny. Michele był zachwycony, Magda chwaliła, że jest maksymalnie czekoladowy, ale bez nieprzyjemnej goryczy, Ania powtarzała, że idealny i prosiła, bym na jej urodziny także taki zrobiła. Przez chwilę nie mogłam uwierzyć, że oni mówią do mnie i że chodzi o mój deser.

To nie był koniec dobrych wiadomości! Wylądowałam w top 4 razem z Arkiem, Patrycją i Olą. Wtedy w ogóle zbierałam szczękę z podłogi, bo totalnie nie mogłam w to uwierzyć. Konkurencję wygrała Patrycja i bardzo się z tego cieszyłam, ponieważ jej danie było przepiękne! Taki mały, słodki obraz, idealnie wykonany i zjawiskowo udekorowany. Bardzo byłam z niej dumna, bo w 100% na to zasłużyła. Plus nie raz podkreślałam, że to właśnie ona była mi tam najbliższą osobą.

Martyna Chomacka, Masterchef

Masterchef

Kolejną dobrą wiadomością był fakt, że nikt nie odpadł w tym odcinku. Cala jedenastka mogła dalej walczyć w programie Masterchef i próbować swoich sił w kolejnym etapie.

Po zakończonych zdjęciach zaczęliśmy się wszyscy przytulać i wcinać razem z jurorami tort urodzinowy. Bez wyolbrzymiania i koloryzowania. Tort Magdy Gessler to NAJSMACZNIEJSZY i najbardziej pijany tort, jaki w życiu jadłam. Teraz już wiem, co to znaczy porządnie nasączyć biszkopt :D. Do tego tona świeżych poziomek i delikatna beza. Pamiętam, jak go jadłam i jednocześnie myślałam o dokładce… Zacny bardzo. Jeśli ktoś ma wątpliwości, Magda Gessler ZDECYDOWANIE potrafi w torty!

Masterchef

Masterchef

Renesans Chomackiej, czyli od teraz będę jak feniks!

Czy coś…

Trochę żartuję, ale nie do końca. Stojąc tam, dotarło do mnie, że teraz mam dwa wyjścia. Albo będę się użalać nad sobą i odcinkami, które mi nie poszły, albo błędy wezmę na klatę i ruszę z nimi do przodu.

Wybrałam drugie wyjście. Postanowiłam, że w kolejny odcinek wchodzę z jeszcze większym uśmiechem i pewnością siebie, która sprawiła, że jestem tu, gdzie jestem. Wierząc w to, co potrafię i ufając swoim smakom.

Obiecałam sobie, że kolejny mój rozdział w pod tytułem „Masterchef” będzie tylko pozytywny i nie pozwolę negatywnym myślom wychodzić na pierwszy plan. Moja mama powtarzała, że po burzy wychodzi słońce, a mamy mają zawsze rację, więc tego będę się trzymać.

Zdradzić Wam jeszcze jeden sekret?

Jestem w trójce tych szczęśliwców, których Pati zaprosiła na kolację u Michela w nagrodę za wygraną konkurencję. Ja to mam dobrze co nie? 😉

 

A już jutro wrzucę na bloga przepis na foundant czekoladowy, który jurorzy tak bardzo pokochali :).

 

Jeśli jesteś ciekawy innych moich opowieści z Masterchefa, zapraszam po więcej TUTAJ.

 

 

 

 

 

 

 

Zostań ze mną