O realizacji marzeń słów kilka

Martyna Chomacka, Masterchef

Dlaczego trawa jest zawsze bardziej zielona tam, gdzie nas nie ma, oraz czemu ocenianie innych ludzi jest takie fajne…

Pisząc ten post, już wiecie, że lecę do Singapuru. Jestem w TOP 5 najlepiej gotujących kucharzy amatorów 7. edycji polskiego Masterchefa. Mało tego, byłam na tyle bezczelna, że wygrałam konkurencję decydującą o wyjeździe tego sezonu, mimo że podałam jedno danie mniej, niż powinnam. Wiedziałam, że będzie się działo po tym odcinku i tym razem jakoś nawet mnie to nie zaskoczyło i nie przeraziło.

Idąc do programu, miałam świadomość, że znaczna część ludzi będzie mnie oceniała na podstawie wyglądu, albo kolorowych zdjęć w mediach społecznościowych. Generalnie w życiu łatwiej się ocenia, niż poświęca czas na rzeczywiste poznanie sytuacji, lub danego człowieka.

Często w życiu słyszę teksty typu: „o, ta to ma z górki” albo „gdybym też miał taką szansę, to także robiłbym ciekawe rzeczy”.

I słuchałam tego długo, aż w końcu pomyślałam, że warto jest zabrać głos. Rzucić odrobinę światła na to, jak wygląda sytuacja, kiedy walczysz o coś i stwierdzasz, że nie pozwolisz by byle pierdoła stała na realizacji marzenia czy drodze do celu.

W dorosłym życiu sami wybieramy sobie znajomych, przyjaciół, partnerów czy osobę do związku. To my wyznaczamy standard wokół jakiego, chcemy się obracać oraz skąd chcemy czerpać inspirację, czy siłę do działania. Ja zawsze wychodziłam z założenia, że wolę mieć wokół siebie mocniejszych ludzi, silne charaktery, osoby żyjące pasją, po to, by mieć się od kogo uczyć, kim inspirować oraz by ciągle podwyższać sobie poprzeczkę.

Przez studia na ASP także przywykłam do ogromnej ilości twórczych osób wokół mnie, otwartych i ciekawskich świata. No i tak sobie żyłam, naiwnie sądząc, że tak wygląda większość społeczeństwa…

Ludzie się dzielą na dwa typy: te osoby, które lubią płynąć z nurtem i chcą przybrać jego kształt, oraz te, które wybiorą drogę pod prąd, czasem odbijając się od skał, szukając innej ścieżki do celu…

Żadna opcja nie jest zła, ważne, by znaleźć taką, która nam odpowiada.

I tak idąc do programu Masterchef, wiedziałam, że z pewnością się rozwinę kulinarnie. Wiedziałam, że znowu poznam masę ciekawych ludzi. Samo tworzenie tak ogromnego projektu jest super interesujące, ponieważ trzeba mieć specyficzny typ charakteru oraz podejścia do życia, aby się w tym odnaleźć. Tu się zdecydowanie nie zawiodłam. To natomiast, co najbardziej mnie zaskoczyło, to ile się dowiedziałam o samej sobie.

Do tej pory uważałam się za marzycielkę, romantyczkę, nie sądziłam, abym miała jakiś super silny charakter.

Gdy rozpoczęła się emisja, zaczęłam dostawać wiadomości z prośbami o to, bym nie wychodziła z szeregu, albo, żebym przestała być indywidualistką. Spotkałam się masą obelg i wyzwisk. Próśb o to bym pumeksem starła to „coś” z mojej ręki. A to jest tylko część tego, co się dzieje w głowach ludzi pełnych frustracji i kompleksów ;).

Najpierw byłam w szoku, ale później ten obrazek zaczął nabierać sensu. Zdałam sobie także sprawę z tego, jak ludzie traktują inność i indywidualizm, ale o tym w dalszej części wpisu.

Jak się okazało, show telewizyjny może być także świetnym psychologiem i szkołą życia.

Często pytaliście mnie skąd mam pieniądze na podróże albo czytałam mój ulubiony tekst: „Ja to takiej szansy w życiu nie miałem, też bym jeździł, gdybym miał pieniądze”.

Otóż w życiu mamy to, co sobie wywalczymy i na co zapracujemy.

Skąd miałam pieniądze na podróże?

Otóż bardzo często nie miałam. Taka prawda.

Trzeba było kombinować i być kreatywnym. Gdy jeździłam gdzieś jako studentka, były to zawsze podróże autostopem. Spałam gdzieś z przyjaciółkami na dziko w namiocie albo na Couch Surfingu. Co jadłyśmy? Czasem dostawałyśmy jakieś jedzenie z ogrodów, czasem robiłyśmy jakieś kolczyki na plaży i je sprzedawałyśmy, żeby sobie dorobić i mieć na dalszą podróż.

Martyna Chomacka, podróż

 

Pamiętam, jak zdecydowałyśmy, że jedziemy stopem do Portugalii na ponad miesiąc. Każda z nas wyciągnęła ze swojej studenckiej kieszeni, ile miała. Jedna miała 500 złotych, inna 300, jeszcze inna 200 złotych. Wtedy się wszystkim dzieliłyśmy. Miałyśmy wspólny budżet. Jadąc przez Francję poznałyśmy właściciela winnicy w Pessac, pod Bordeaux, gdzie pracowałyśmy przy zbiorach, ucząc się o produkcji wina i różnych szczepach. Wystarczyło chcieć, a wszystko stawało się możliwe.

W trakcie studiów pracowałam też jako barmanka i kelnerka w Anglii,

po to, by mieć na materiały plastyczne i kierunek, który sobie wybrałam. Bliscy mi pomagali, ale takie studia, mimo że dzienne, do najtańszych nie należą. Nawet gdy jeździłam gdzieś do pracy, starałam się zwiedzać tak dużo, jak to tylko możliwe i poznawać dany kraj.

Martyna Chomacka, marzenia
Bo z wykształcenia jestem właśnie artystką…

 

A później już tylko American Dream i bajka?

Martyna Chomacka, San Francisco

Gdy postanowiłam, że chciałabym w przyszłości mieszkać w Stanach Zjednoczonych, zaaplikowałam o stypendium w najstarszej uczelni artystycznej w tym kraju. Walczyłam z innymi kandydatami i wtedy moje portfolio oraz oceny pozwoliły zyskać przewagę. Mieszkanie tam to nie były tylko podróże do Los Angeles czy Nowego Jorku. Przejechałam sporą część kraju, ale spełnianie tego marzenia było ogromnym wyzwaniem. Zaraz po tym, jak kończyłam uczelnię, wychodziłam do pracy, po to by w chwili kiedy z niej wrócę, zabrać się za rzeczy związane z uczelnią. Spałam po 3-5 godzin na dobę. Jasne, byłam tak dość długo, sporo zwiedziłam, ale był to intensywny i mocno wymagający czas. Cena mojego American Dream.

Martyna Chomacka, Wielki Kanion
Nigdy nie byłam tak szczęśliwa, jak podczas treku przez Wielki Kanion

Martyna Chomacka, Nowy Jork

Teraz by podróżować, staram się oszczędzać wcześniej i dobrze planować. Wszystko zawsze organizujemy sami z przyjaciółmi lub moim chłopakiem Pawłem . Robimy duży reaserch i ogarniamy to, za co normalnie płaci się w biurze podróży. Wyjazdy są zdecydowanie dalsze, bardziej rozbudowane i finansochłonne niż kiedyś, ale jeśli się chce, można podróżować za naprawdę rozsądną cenę.

Przejechałam kilkadziesiąt krajów na czterech kontynentach.

Podróże to największa miłość mojego życia, ale nigdy nie mówiłam, że to było łatwe. Uważam natomiast, że jeśli nam na czymś bardzo zależy, to jesteśmy w stanie przy odrobinie konsekwencji, uporu i pewnych kompromisach, znaleźć drogę do każdego celu.

 

Teraz już wiesz, dlaczego tak bardzo mnie bawi, gdy ktoś mówi, że nie miał takich szans, jak ja. Szansę sami sobie tworzymy. Im szybciej dorosły człowiek zda sobie z tego sprawę, tym lepiej dla niego.

 

Martyna Chomacka
Razem z Alą podczas podróży stopem przez Italię. Fot: Paulina Wierzgacz

A teraz wracamy do tematu Masterchefa i najlepszej lekcji, jaką tam otrzymałam.

Po ostatnim odcinku, kiedy podałam pięć dań, zamiast sześciu, internet się zagotował. W życiu tak nie kipiało od komentarzy, jak teraz. Najlepsze jest to, że tym razem jakoś mnie to nie boli, a wręcz cieszy.

Jury jednogłośnie uznało moje dania za najlepsze. Pamiętam, jak Michele do mnie podszedł po odcinku i mówił, że spokojnie mógłby te sosy i kompozycje mieć u siebie w menu. Magda gratulowała. Szefowa z Francji, mająca łącznie cztery gwiazdki Michelin w dwóch restauracjach oraz odznaczenie Legii Honorowej była pod ogromnym wrażeniem rozbudowanego sosu, który zaserwowałam, oraz perfekcji homara. Powiedziała, że mimo braku makaronu, danie jest wybitne.

Martyna Chomacka, Masterchef

Martyna Chomacka, Masterchef
Ja z tego talerza jestem niesamowicie dumna. To bez wątpienia najlepszy sos, jaki w życiu zrobiłam i jedna z bardziej dojrzałych kompozycji smakowych, jakie próbowałam. Mimo braku makaronu :).

A ja znam większe problemy w życiu niż brak pasty na talerzu ;).

I tak jak kiedyś się przejmowałam opinią innych, ten odcinek sprawił, że po raz pierwszy w życiu mam to gdzieś. Chyba nauczyłam się w końcu być z siebie dumna, ponieważ takie autorytety jak czwórka tych wspaniałych kucharzy mówili, że moje dania są profesjonalne i zjawiskowe. Czy mam powód do smutku? Nie widzę.

Nie ważne jak mówią, byle mówili…

Zawsze uważałam to zdanie za głupie, nie na miejscu i nie zgadzałam się z nim w najmniejszej nawet części. Bo jak można się cieszyć z hejtu? Otóż można moi mili, bo kiedy jedna osoba krzyczy, to kilka innych też to słyszy. Nie każdy jest przecież niespełnionym człowiekiem, który zamiast wspierać cudze szczęścia, będzie chciał swoje kompleksy wygłuszyć jadem i złością. Jest ogromna rzesza świadomych osób, pełnych empatii i ambicji.

Kiedy jesteśmy źli, nic nam nie wychodzi, zamiast spełniać nasze cele, to się od nich oddalamy. Czy chcemy wtedy patrzeć na tych, którym jest cudownie? Pamiętam, że gdy kończyłam nieudany związek potrzebowałam chwili w domu, by się wyciszyć i nie patrzeć na zakochane pary wokół mnie. Zdrowym osobom jednak taki stan szybko mija, bo nie chcą go przenosić na nikomu niewinne osoby trzecie.

Hejt był, jest i będzie. Czy on coś zmienia?

Martyna Chomacka, Masterchef

Nie. Czy sprawia, że nasze dokonania tracą na wartości? Nie. Czy czytając te uwagi, pełne nienawiści i frustracji do życia, wynosimy z nich jakąś merytoryczną krytykę, lub mądrość? Nie, raczej rzadko. Czy te osoby cokolwiek znaczą w naszym życiu? Skąd! Dlatego, po co brać to do siebie… ?

W życiu byłam zawsze otwarta na krytykę oraz uwagi. Także te negatywne. Natomiast jeśli z powodu tego, że nie dałam makaronu, albo wydałam pięć talerzy zamiast sześciu, słyszę, że ludzie życzą mi śmierci, albo mają nadzieję, że w Singapurze się rozchoruję i nie dam sobie rady. Lub też, jeden z ciekawszych i bardziej chorych, to życzenie bym cierpiała, to, o czym my mówimy? Po to jest tam jury, aby oceniało walory smakowe i jakość dań. Jeśli naprawdę kogoś boli to aż tak, że mając mniej dań, ale znacznie wyróżniających się jakością i smakiem, lecę do Singapuru spełniać marzenia, to może lepiej zamknąć oczy? Nie sądziłam, że patrzenie na cudze szczęście może być dla innych aż tak bolesne.

Piszę ten post, ponieważ wszystkich moich bliskich przeraziło, co się dzieje, gdy upublicznia się swój wizerunek. Kilka osób obserwując także odbiór uczestnika programu kulinarnego przez widzów, pytało się mnie jak radzić sobie z poniżaniem czy hejtem w szkole, lub pracy. Mam nadzieję, że wyjaśniłam Wam co nieco o tym, jak można złość i nienawiść wykorzystać dobrze, wyciągając jednocześnie wnioski.

Powiem Wam, że widzę same plusy MasterChefowej lekcji życia.

Podsumowując, zdałam sobie sprawę, że to, co ciągle mówi mój chłopak, jest prawdą.

   

Ja faktycznie jestem uparta jak wół.

 

Kiedy ktoś mi próbuje udowodnić, że moje marzenia nie mają sensu, jestem zdeterminowana pięć razy bardziej, aby pokazać tej osobie, że się myli. Kiedy ktoś mi mówi, że jestem za słaba, by gdzieś dojść, to choćbym miała stanąć na rzęsach, udowodnię, że jestem silna. I w tym chyba cały sekret.

Zamiast pozwalać złym emocjom, by nas przerażały i paraliżowały, używajmy ich jako paliwa napędowego, by iść w swoją stronę! Jestem w szoku, że dla tylu osób moje życie i sukcesy są aż tak ciekawe i absorbujące. Nie sądziłam też, że jestem do tego stopnia barwną i kontrowersyjną postacią. Schlebia mi to i dziękuję Wam za ciekawość i zainteresowanie.

Już za chwilę pierwszy odcinek MasterChefa z Singapuru. Oj będzie smacznie, kolorowo, tropikalnie i podróżniczo.

Jest tu ktoś, kto nie może się już go doczekać? Jeśli tak, dajcie znać w komentarzach.

Jeśli też chcecie poczytać więcej o przygodach w Masterchefie, zapraszam TU. A jeżeli zaciekawiły Cię moje przemyślenia i bardziej intymne, emocjonalne tematy, wpadnij do zakładki Co Myślę 🙂. ZAPRASZAM!

Martyna Chomacka, Masterchef , Singapur

Zostań ze mną