Tydzień na Jawie – Indonezyjska przygoda CZAS START!

Tydzień na Jawie, foto: Paweł Gluza - Outway Adventures

To tu rozpoczęła się nasza Indonezyjska podróż. Na początek tydzień na Jawie. Czy to wystarczający czas, aby zwiedzić tę wyspę i przejechać ją z zachodu na wschód?

Przylecieliśmy do Dżakarty i przyznam, że strasznie czekałam na ten moment, kiedy opuszczę lotnisko i fala gorąca przytka moje płuca, a ciało pokryje zapach wilgotnego powietrza. Nie zawiodłam się.

Dziwna Dżakarta i dziwne napoje…

Dżakarta jest dzika, głośna, chaotyczna, gorąca i dziwna. Już jadąc z lotniska, zalało nas morze skuterków poruszających się ulicami bez większego ładu. Wolna amerykanka-jest miejsce to się wpychasz. Po co komu zakazy i nakazy w postaci znaków?

Pierwszą noc postanowiliśmy spędzić w hotelu i, jako że raczej nikogo z naszej trójki nie ciągnęło do wielkich miast, to przeszliśmy się uliczkami stolicy w poszukiwaniu czegoś do jedzenia, i już planowaliśmy jak następnego dnia wyruszyć w kierunku Yogyakarty. Pamiętam, że podczas spaceru byłam bardzo spragniona. W kawiarni nie potrafiąc ni w ząb zrozumieć ich języka, poprosiłam o coś orzeźwiającego do picia. Jakie więc było nasze zaskoczenie, kiedy spodziewając się lemoniady lub czegoś w tym stylu, kelner przyniósł nam pucharki z gęstym płynem o pastelowym zabarwieniu i pływającymi w nim dziwnymi żelkami. W jednym pucharku żelko-galaretki były czarno-fioletowe a w drugim ohydnie zielone w kształcie glutów. Nigdy tego nie zapomnę. Zupełnie nie wiedziałam co z tym zrobić… Biała ciecz była czymś w rodzaju mleczka skondensowanego, słodkie jak cholera, a glutki jak sądzę, były zrobione z tapioki, ale ręki nie dam sobie za to uciąć. Myślę, że mniej orzeźwiającego napoju nie piłam nigdy. Bałam się, że to będzie zły omen doświadczeń gastronomicznych w Indonezji, ale bardzo się myliłam a zielonych glutów, nie spotkałam już ani razu na swojej podróżniczej drodze.

Dżakarta
Smakowało znacznie gorzej niż wyglądało. Mówiłam, że przypomina zielone, żelowe gluty?
kolacja, Dżakarta
Na szczęście, kolacja była znacznie lepsza niż napoje.
Paweł i napój
W końcu się zaopatrzyłam w coś pijalnego i ugasiłam pragnienie. Dla pewności wzięłam z pięć różnych puszek…

Azymut na Borobudur i Prambanan

Rano wyruszyliśmy pociągiem do Yogyakarty. Zanim opuściliśmy stację, to już pociąg miał kilkugodzinne opóźnienie, ponieważ lokomotywa przed nami się wykoleiła i nic nie mogło ruszyć. Widoki były zjawiskowe. Pierwsze moje zetknięcie z pejzażem tropikalnym i dziewicze spojrzenia na pola ryżowe. Siedziałam wlepiona w szybę pociągu jak zahipnotyzowana.

Tydzień na Jawie, fot: Paweł Gluza - Outway Adventures

Naszym celem było zwiedzenie świątyni Borobudur i Prambanan. Dlatego kolejną noc zostaliśmy w Yogyi a rano kierowca z Peramy (to agencja turystyczna, z której usług najczęściej korzystaliśmy) zabrał nas na miejsce. Obie świątynie można zobaczyć jednego dnia, jeśli wstaniemy odpowiednio wcześnie. My Świątynię Borobudur najpierw oglądaliśmy z malowniczego zbocza góry o wschodzie słońca a później zwiedzaliśmy ją od środka.

Świątynia Borobudur spodobała mi się niesamowicie!

Borobudur

Borobudur, foto: Paweł Gluza - Outway Adventures

Borobudur, fot: Paweł Gluza - Outway Adventures

Borobudur - fot. Paweł Gluza - Outway Adventures

Ala
Ala też była mocno pochłonięta historiami przedstawionymi w płaskorzeźbach.

Jest majestatyczna i zupełnie inna niż świątynie w zachodnim świecie. Ilość kosmicznie pięknych płaskorzeźb pokazujących różne scenki i monumentalność tego miejsca zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Do tego idealnie trafiliśmy z pogodą. Kiedy obchodziliśmy różne poziomy świątyni, na lasach tropikalnych otaczających świątynię osadziła się mgła. Wyglądało to bardzo mistycznie i tajemniczo. Do tego prawie nie było ludzi. Słyszałam, że szczególnie ta świątynia potrafi być bardzo zatłoczona i my tego nie doświadczyliśmy. Wielokrotnie siadaliśmy sobie razem przy jednym z charakterystycznych, kamiennych ‚dzwonów’, patrzyliśmy sobie z zadumą w przestrzeń, a wokół nas nie było nikogo. Myślę, że to miejsce to 100% must see podróży do Indonezji.

Prambanan, mimo że jest bardzo podobna, to jednocześnie zupełnie inna niż Borobudur…

Świątynia Prambanan, fot: Paweł Gluza - Outway Adventures

Świątynia Prambanan, fot: Paweł Gluza - Outway Adventures

Tak, też z kamienia, tak, czułam się tu chwilami, jak Lara Croft w Tomb Rider, tak, jest także monumentalna i przepiękna, ale… Coś mi tu nie do końca podpasowało. Może w chwili kiedy dużo podróżujemy, to stajemy się odrobinę rozpuszczeni i wybredni, i za bardzo budujemy swoje oczekiwania? I tu nie wiem, czy przez ogromną ulewę, która nas złapała, czy przez tłumy wycieczek, jakie się napatoczyły, czy może przez to, że ta świątynia nie jest otoczona przez dzikie lasy i naturę jak Borobudur, tylko przez miasto, odrobinę mnie wybiła z rytmu i nie mogłam się aż tak wczuć w klimat.

Napewno jest warta zobaczenia i z pewnością robi ogromne wrażenie, ale opinię trzeba sobie wyrobić osobiście. Ja przyznam szczerze, że jeszcze raz bym z chęcią tam wróciła i zobaczyła, jak bym ją odebrała za drugim razem.

Świątynia Prambanan, fot: Paweł Gluza-Outway Adventures

Kawa na Jawie – dom Kopi Luwak

Przejeżdżając przez tę wyspę nie można pominąć tak ważnego aspektu, jak kawa. I to nie byle jaka… Jesteś kawoholikiem? Uważasz, że zasługujesz na ten tytuł? To tu jest Twoja mekka! Tu Twoje serce powinno Cię przywoływać… Widok po horyzont rozpościerających się na zboczach wulkanów i pagórków plantacji arabiki to coś bardzo powszechnego.

Najdroższa kupa na świecie

To jednak nie wszystko. Stąd pochodzi właśnie najbardziej burżujska kawa na świecie. Kopi Luwak, bo o niej tu mowa, to kawa, która zawdzięcza swój smak małym, uroczym, włochatym zwierzątkom- Luwakom. Cena tej kawy w Europie oscyluje w okolicach 1 tysiąca złotych lub więcej, za kilogram. Nie żartuję…  Na czym polega wyjątkowość tej kawy i cała magia? Oraz po co te luwaki? Otóż wybitny smak kawy polega na pre fermentacji ziaren kawowca w przewodzie pokarmowym tych zwierzaków. Luwaki z ogromną radością zjadają ziarna kawy, ale ich nie trawią, jedynie miąższ, a nasiona są wydalane. Po fermentacji poprzez kwas mlekowy ziarna uzyskują wyjątkowy smak, głębię i tracą gorycz, ten nieprzyjemnie gorzki posmak. Kopi Luwak ma delikatny, a zarazem jeszcze bardziej kawowy posmak i zapach. Brzmi jak fanaberia prawda? Bo jak kawa z kupy może smakować i kosztować taką fortunę… Otóż może i faktycznie jest wyśmienita!

Palarnia Kopi Luwak, foto: Paweł Gluza - Outway Adventures
Byliście kiedyś wpatrzeni w kupę jakiegoś zwierzaka z taką radością w oczach? Ja pierwszy raz!

Odwiedzając tę palarnię kawy, mogliśmy kupić ją prawie 10 razy taniej, niż w Polsce oraz napić się na miejscu. Świeżo parzona kopi luwak tam, kosztowała mniej niż flat white w Starbucksie na dworcu we Wrocławiu. Ja zawsze jestem za wspieraniem małych przedsiębiorców i lokalnych producentów. My się zaopatrzyliśmy w spore ilości kawy, ale w dalszej części naszej podróży, aby nie nosić jej na plecach przez cały czas, jeżdżąc z wyspy na wyspę.

 

Kopi Luwak, foto: Paweł Gluza - Outway Adventures
Wydalone ziarna są suszone na słońcu, oczyszczane, palone i finalnie przygotowywane do spożycia.

 

Kopi Luwak, foto: Paweł Gluza - Outway Adventures
Ja mam olbrzymią słabość do gryzoni, jestem ich ogromną fanką i zawsze, totalnie mnie rozczulają…
Kopi Luwak, foto: Paweł Gluza - Outway Adventures
Powiem Wam, że naprawdę warto…

Kopi Luwak

Kilka godzin na odpoczynek i ruszamy dalej.

Jak wspomniałam, tydzień na Jawie to nie jest jakaś powalająca ilość czasu. Do tego Jawa jest naprawdę dużą wyspą. Jak się dowiedziałam od Pawła z jego bloga, na wyspie mieszka ponad połowa mieszkańców całego kraju! ROZUMIECIE TO!? Cała Indonezja liczy 260 milionów mieszkańców. Tylko na Jawie żyje sobie ponad 130 milionów ludzi! Kurczę dla porównania w całej Polsce mamy niecałe 40 milionów mieszkańców. No mnie te liczby powaliły. Dlatego też nie mogliśmy sobie chillować za długo, ruszyliśmy ku moim dwóm wielkim marzeniom, które wiedziałam, że przyjeżdżając do tego kraju musze zobaczyć.

Nadszedł czas na wulkany Bromo i Ijen, ale o tym w kolejnym poście 🙂

Razem ze mną w tej przygodzie uczestniczyli Paweł Gluza – Outway Adventure,

 

 

Zostań ze mną